Łukasz Kwiecień w felietonie "Smakosze ryzyka" ("Parkiet", 18 sierpnia) zwrócił uwagę, że Polacy bezmyślnie zadłużają się w walutach obcych, co może źle się skończyć i dla Polaków, i dla całego systemu bankowego. Nie do końca jestem pewien, czy można mówić o braku rozeznania przeciętnego klienta w realiach makroekonomicznych.
Skąd się bowiem bierze wiara w to, że złoty się będzie wzmacniał? Czy jest tak, że Polacy chodzą do wróżek, które akurat taki kierunek widzą w fusach? To chyba jednak skutek wiary Polaków w to, co mówią specjaliści, czyli ekonomiści, i to między innymi z banku centralnego.
Jeszcze przed wstąpieniem do Unii była mowa, że taka gospodarka jak polska powinna się rozwijać szybciej niż zachodni sąsiedzi. Ostatnie dane pokazują, że te prognozy się spełniają. A generalnie - szybszy rozwój gospodarki oznacza wzmocnienie waluty. Pewnie są przypadki, że ta reguła w niektórych przypadkach się nie potwierdza albo dochodzi do dłuższych, kilkuletnich kryzysów. Ale kilka lat to średni termin, a kredyty hipoteczne to produkt długoterminowy.
Potem, już po wejściu do Unii, pojawił się problem przyjęcia euro. Nawet teraz nikt nie wyklucza, że jest to do zrobienia w perspektywie dekady, a niektórzy sugerują znacznie krótszy okres. Jeśli więc mamy po okresie krótszym niż jedna trzecia czasu funkcjonowania kredytu przyjąć euro, to dlaczego nie płacić odsetek według stawek banków europejskich już teraz? Na dodatek pojawiały się alarmy, że nie możemy za długo czekać, bo złoty za bardzo się umocni. Może mam złą pamięć, ale mimo wysiłków nie jestem w stanie sobie przypomnieć, żeby ktoś ostrzegał, że złoty będzie się przed wejściem do strefy euro osłabiał. Jeśli już, to pojawiły się obawy, że może dojść do prób sztucznego zaniżania kursu złotego, aby uzyskać jak najlepszy parytet wymiany. Tak czy owak - mowa była o kierunku w górę, a nie w dół. I mówili to ekonomiści.
Oczywiście, jest ryzyko, że do strefy euro nie wejdziemy. Że polską gospodarkę dotknie bardzo dotkliwy kryzys, gorszy niż ten z lat 2001-2003. Złoty poleci na łeb, na szyję, w rezultacie nagle raty kredytu zaciągniętego w euro czy we franku poszybują tak wysoko, że staną się nie do udźwignięcia dla przeciętnego Polaka. Sęk w tym, że przy takim scenariuszu wydarzeń nie ma specjalnego znaczenia, czy kredyt będzie we frankach, czy w złotych. Bo w razie gwałtownego spadku złotego podskoczy nam inflacja, a jak ta pójdzie w górę - Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy. Oprocentowanie kredytów wzrośnie - co najwyżej raty za kredyty złotowe wzrosną później niż za walutowe. Ale co się odwlecze, to nie uciecze - o ile tylko kryzys potrwa więcej niż kilka miesięcy. W innym przypadku bowiem może się okazać, że na całym zamieszaniu lepiej wyjdą ci, którzy płacą we frankach - ci bowiem będą w stanie przetrwać trudny okres dzięki oszczędnościom czy ograniczeniu wydatków i dociągnąć do chwili, gdy złoty zacznie się wzmacniać. Ci zaś, którzy płacą w złotych, będą mieli przed sobą perspektywę powolnych obniżek stóp.