Obecna sytuacja polskiej gospodarki jako żywo przywodzi na myśl starą piosenkę kabaretu "Potem" pod znamiennym tytułem "Nudzę się". Cóż bowiem mamy? Niezmiennie wysoki wzrost gospodarczy, nieustannie niską inflację i permanentnie dobrą sytuację płatniczą. W takich okolicznościach przyrody nawet polityka fiskalna wygląda trochę lepiej niż zwykle. Wprawdzie podobnie jak księżyc świeci tylko odbitym blaskiem (czyli odzwierciedla dobry stan gospodarki, a nie ponadprzeciętną dyscyplinę fiskalną), ale któż by teraz zwracał na to uwagę?
W ten arkadyjski nastrój wpisuje się również działalność RPP. Czy ktoś jeszcze pamięta te czasy, kiedy łamy prasy zdominował gorący spór o przejrzystość polityki pieniężnej? Pewnie już niewielu. A dziś komunikaty Rady i wypowiedzi jej członków są jasne, przejrzyste i do bólu przewidywalne. Narzekać może tylko wyjątkowy malkontent, któremu do pełni szczęścia może brakować jedynie tego, by na stronach NBP opublikowano wyniki spotkań Rady na najbliższe trzy lata. Krótko mówiąc, żyjemy w świecie gospodarczej sielanki.
Sen z powiek decydentów wydaje się spędzać jedynie pytanie, czy najbliższa gospodarcza przyszłość będzie dobra, bardzo dobra czy wręcz rewelacyjna?
W zasadzie w takich czasach ogólnej szczęśliwości ekonomista powinien czuć się trochę mniej potrzebny. Ryzyko tego, że gospodarka zachowa się odmiennie od powszechnych oczekiwań, jest raczej niewielkie, a trudno na siłę wymyślać scenariusze alternatywne. Jednak nawet w tak sielskiej-anielskiej atmosferze jest miejsce na łyżkę ekonomicznego dziegciu.
Jak już napisałem, polityka fiskalna świeci światłem odbitym. Innymi słowy, stały, 30-miliardowy poziom deficytu budżetowego to głównie rezultat dobrej sytuacji gospodarczej. Tymczasem wszystkie stare problemy trwają niewzruszone niczym skała Gibraltaru. Weźmy pod uwagę choćby duże usztywnienie wydatków budżetowych. W uzasadnieniu do ustawy budżetowej na 2006 rok oszacowano, że wydatki zdeterminowane będą stanowić w tym okresie 73 proc. wszystkich wydatków budżetu. Czyli powyżej poziomu z 2001 roku, gdy Ministerstwo Finansów borykało się z "dziurą Bauca". A więc jeśli najbliższe lata nie przyniosą uelastycznienia wydatków to, gdy wzrost gospodarczy spowolni i pogorszą się wpływy budżetowe, może okazać się, że zobaczymy film (oby nie katastroficzny) pod tytułem "Deficyt kontratakuje".