Boom budowlany ma ciekawy skutek - trudno wynająć, kupowane za coraz większe pieniądze, mieszkania. Do tej pory inwestycja w lokale była w sumie prosta - kupowało się 40 czy 60 metrów kwadratowych, wynajmowało, a wpływy z wynajmu szły na pokrycie rat kredytowych (czasem nawet jeszcze coś zostawało). Teraz powoli ten element napędzający wzrost cen zaczyna się wyczerpywać - bo jeśli kogoś stać na zapłatę czynszu, to jednocześnie jest w stanie spłacać kredyt.
Chętnych na wynajem nie ma. Jest jeszcze cała rzesza tych, którzy nie mają mieszkania i nie są w stanie zapłacić żądanych na rynku pieniędzy za wynajem, np. młode małżeństwa. Ale dla nich idą lepsze czasy. Stabilizacja wysokości czynszów może oznaczać - w języku analityków - zmianę trendu. Czyli czynsze zaczną spadać - ci, którzy kupili mieszkanie pod wynajem, zaczną obniżać ceny, żeby otrzymać choć 70-80 proc. pieniędzy potrzebnych na obsługę kredytu (zawsze to lepiej niż płacić całość). To znaczy, że wynajem mieszkań stanie się łatwiejszy nawet dla mniej zarabiających osób.
Tym samym zaczyna się spełniać obietnica wielu rządów. Problem polega jednak na tym, że większą dostępność będziemy zawdzięczać ludzkiej przedsiębiorczości czy wręcz skłonności do - tego słowa politycy PiS bardzo nie lubią - spekulacji. Na pewno nie rządowi. Bo ten zabiera się do pobudzania budownictwa od złej strony - najpierw tańsze kredyty, a przyspieszenie procesu budowania mieszkań ma nastąpić dopiero za trzy lata. Tymczasem najpierw trzeba zadbać o grunty, a dopiero potem zastanawiać się, czy jest jeszcze sens dopłacać do kredytów z budżetu.