Każda decyzja o nowej inwestycji zagranicznej w naszym kraju wzbudza spory entuzjazm wśród polityków, mediów... A przede wszystkim wśród mieszkańców terenów, na których ma powstać. Wielu liczy na odmianę losu. Każda przegrana (jak chociażby w wyścigu o inwestycje branży samochodowej, m.in. Hyundaia, Kia Motors, Bridgestone?a, Hancooka, część inwestycji Toyoty i Peugeot-Citroena) to prawie żałoba narodowa.
I nie ma się co dziwić, bo napływ kapitału to jeden z ważnych elementów rozwoju gospodarczego. Niektórzy narzekają, że zainteresowanie naszym krajem wśród zagranicznych firm nie jest takie, jak byśmy chcieli. Prawdą jest, że ostatnio konkurencja na rynku krajów poszukujących inwestorów wzrosła, ale i do nas z tego światowego tortu wpadają miliardy dolarów. Dlatego trzeba z tych okazji korzystać. Poskromić należy jednak ów hurraoptymizm towarzyszący od samego początku każdej nowej zagranicznej inicjatywie. Szczególnie musimy sobie dać "na wstrzymanie", kiedy zagraniczne przedsięwzięcia łączymy od razu z setkami i tysiącami nowych miejsc pracy. Oczywiście praca będzie, ale...
O tym "ale" przekonali się w ubiegłym tygodniu mieszkańcy Dolnego Śląska. Tam bowiem przedstawiciele Electroluksa (firma postawiła w okolicy Świdnicy fabrykę kuchenek) rozpoczęli poszukiwanie nowych pracowników. Wiele osób od wielu tygodni obiecywało sobie bardzo wiele. Wiadomo - Szwedzi, markowa firma, nowoczesność... Jakież było ich zdziwienie, gdy dowiedzieli się, że za ową marką i nowoczesnością kryją się zarobki na poziomie 800 złotych. Dobrze, że Irlandia czeka...