Wczorajsza sesja pokazała, że optymizm z poprzedniego dnia nie był tylko chwilowym kaprysem. Wprawdzie obroty w dalszym ciągu pozostają pod wakacyjno-urlopową presją (nie licząc zamknięcia), ale i aura za oknem i rzut oka w kalendarz nie pozostawiają wątpliwości, że czas plażowania nieubłaganie dobiega końca. Wydaje się zatem, iż aktywność inwestorów stopniowo powinna się poprawiać, zwłaszcza że do lokalnego szczytu na poziomie 3200 punktów pozostał już bardzo niewielki dystans. Istnieje duża szansa, że w ciągu najbliższych dni zostanie on pokonany, co w zestawieniu z końcem miesiąca nasuwa podejrzenie o "window dressing". Wydaje się jednak, że nadawanie magicznego znaczenia każdej tego typu dacie nieuchronnie prowadzi nas na manowce. Większe znaczenie należy raczej przypisywać datom zamykającym dłuższe okresy rozliczeniowe (w moim przekonaniu minimum to kwartał). Poza tym wiara w nieustanną działalność mitycznych "onych" odwraca nieco uwagę od rzeczy najprostszych, a mianowicie od faktu, iż nasza gospodarka w dalszym ciągu prezentuje się nieźle, a wzrost gospodarczy wydaje się niezagrożony. Wzrost PKB w II kwartale wyniósł 5,5 proc., czyli nieco więcej od prognoz i od odczytu za I kwartał (5,2 proc.). Ale szczególną uwagę należy zwrócić na wzrost inwestycji, który osiągnął 14,4 proc. Dane te uzasadniają pewien optymizm, zwłaszcza że giełdy światowe nie przeszkadzają w prezentowaniu takiego stanowiska.

Nie od dziś wiadomo, że inwestowanie na giełdzie wiąże się z podejmowaniem pewnego ryzyka. Szczególnie boleśnie przekonują się o tym posiadacze akcji Optimusa, którego KPWiG z dniem 1 grudnia wykluczyła

z obrotu na rynku regulowanym. Oczywiście spółki notowane na giełdzie stanowią (przynajmniej w założeniu) elitę, a noblesse jak wiadomo, oblige. Czy jednak za błędne (nieodpowiedzialne/niezgodne z prawem?) działania

zarządu należy ukarać również i pozostałych akcjonariuszy?

Miejmy przy tym nadzieję, że odwołanie spółki od decyzji i rozpatrzenie go przez Komisję nastąpi przed wznowieniem notowań tych akcji.