Miesiąc temu załamały się negocjacje Światowej Organizacji Handlu (WTO), podczas których - od szczytu w Doha (Katar) w 2001 roku - były prowadzone rokowania zmierzające do obniżki cen i likwidacji różnego rodzaju subsydiów. Celem była dalsza liberalizacja światowego handlu, umożliwiająca skorzystanie z tego procesu nie tylko bogatym krajom Północy, ale i biednym państwom z Południa. Taka inicjatywa była w dużej części pokłosiem ataku terrorystycznego na World Trade Center, kiedy to świat chciał pokazać, że dba o równomierny rozwój i chce pomagać biednym choćby po to, żeby zapobiegać szerzeniu ekstremizmu. Po spotkaniu w Doha odbyły się kolejne: w Cancun (2003 r.), Genewie (2004 r.), Hongkongu (2005 r.) i znów Genewie (2006 r.).

Najbardziej znany jest szczyt w Cancun, kiedy to krajom ubogiego Południa udało się stworzyć mocny front sprzeciwu wobec żądań Północy. Powstał wtedy blok G4 (Chiny, Brazylia, Indie, Południowa Afryka), w których to krajach mieszka 2/3 ludności świata. Państwa biedniejsze chciały przede wszystkim likwidacji lub znacznego ograniczenia subsydiów stosowanych w USA i Unii Europejskiej do produkcji rolniczej, a bogatsze - zniesienia ceł na produkty przemysłowe i usługi. W 2004 roku wydawało się, że uda się osiągnąć porozumienie satysfakcjonujące wszystkie kraje, ale, jak widać, nic z tego nie wyszło. Bank Światowy szacował, że gdyby rozmowy zakończyły się zawarciem porozumienia, to globalny PKB wzrósłby o około 300 mld USD, a nędzy uniknęłoby około 70 mln ludzi. Dlaczego nie udało się osiągnąć tak korzystnego porozumienia? Po prostu dlatego, że tak naprawdę nie było to nigdy możliwe.

Wyobraźmy sobie USA bez subsydiów dla farmerów czy Unię Europejską bez CAP (Wspólnej Polityki Rolnej), a Polskę bez dopłat dla rolników. Wyobraźmy sobie, jaki los spotkałby polityków, którzy zgodziliby się na zawarcie takiego porozumienia. Z całą pewnością przestaliby odgrywać istotną rolę w życiu politycznym swoich krajów, a ci, którzy przyszliby na ich miejsce, zrobiliby wszystko, żeby doprowadzić do unieważnienia takiego porozumienia. W świecie, w którym ludzie coraz bardziej boją się globalizacji, deregulacji i wolnej gry sił rynkowych, takie, bardzo idealistyczne, podejście do rzeczywistości mogło zakończyć się tylko fiaskiem. Nie znaczy to jednak, że świat Północy bardzo na tym niepowodzeniu ucierpi. Nie można bowiem traktować jako stratę czegoś, co było od samego początku nierealne. Porozumienie 150 krajów zastąpią umowy bilateralne. Powstaną również nowe bloki handlowe (o takich myślą kraje Azji i Ameryki Łacińskiej). Handel światowy będzie się nadal szybko rozwijał, ale my, Północ, nie zrezygnujemy z naszej przewagi. A potem będziemy się dziwili akcjom różnych desperatów?.

Główny analityk, Xelion. Doradcy Finansowi