Minister Skarbu Państwa zaprzeczał ostatnio uporczywie utrzymującym się pogłoskom, jakoby w Polsce całkowicie zatrzymany został proces prywatyzacji. To prawda, w tym roku nie powinniśmy oczekiwać żadnych spektakularnych decyzji - mówi minister - ale w przyszłym dojdzie do kilku publicznych emisji akcji wielkich przedsiębiorstw.
Sądzę, że sam fakt przełożenia publicznej emisji akcji spółek energetycznych nie stanowi dowodu wstrzymania prywatyzacji. Jeśli rząd uważa, że spółki te powinny być przedtem skonsolidowane - ma do tego prawo, a sam proces wprowadzania firm na giełdę może przeciągnąć się w czasie. Nie martwi mnie więc wcale fakt, że w tym roku zamiast 5,5 miliarda złotych wpływów zapisanych w budżecie, ministerstwo oczekuje na nieco ponad 1 milard.
Martwi mnie zupełnie co innego. Po pierwsze, gołym okiem widać, że rządowi brakuje jakiegokolwiek zapału do prywatyzowania. Nawet więcej - z wielu wypowiedzi i działań można wywnioskować, że prywatyzacja jest złem koniecznym, które należy jak się da ograniczać, zarówno bowiem politycy, jak załogi i związki zawodowe uważają za znacznie lepsze pozostawienie firm pod zarządem państwa.
Po drugie, w działaniach ministerstwa bez większego trudu można odnaleźć dowody na to, że dochody z wyśrubowanych dywidend (oczywiście uzyskiwane tylko od tych firm państwowych, które z racji swej quasi-monopolistycznej pozycji są pod tym względem dojnymi krowami) traktowane są jako równie dobre, a może nawet lepsze od dochodów z prywatyzacji. Oznacza to, że prywatyzacja nie jest widziana jako proces służący poprawie efektywności i wzrostowi długofalowych szans rozwoju firm, ale jako doraźny cel fiskalny.
No i po trzecie, powszechne stało się już przekonanie, że sposobem "prywatyzacji" jest wypuszczenie na giełdę mniejszościowego pakietu akcji. A tymczasem, zgodnie z prawami rządzącymi ekonomią, celem prywatyzacji jest znalezienie prawdziwego, prywatnego właściciela - co w przypadku tego rodzaju publicznej oferty nie następuje, a państwo zachowuje nieskrępowaną władzę nad firmą.