Polak to się nudzić nie potrafi. Jak już mu się robi zanadto nieciekawie, szybciutko powiększy zestaw wrogów, których zwalczanie nadaje sens monotonnemu żywotowi. W folderze wrogów obcych mamy pewne przetasowania.
Po okresie dominacji rosyjskiego mocarstwa, brukselskiego urzędnika, a w sferze czysto politycznej - islamskiego ekstremisty i niemieckiego rewanżysty ostatnio nabiera znaczenia i coraz bardziej złowieszczo szczerzy drapieżne kły kolektywny i już całkiem obcy, totalnie niepojęty w swym języku, obyczaju i sukcesie, potężniejący gospodarczo Chińczyk.
Prasa relacjonuje ekspansję biznesu chińskiego niemal jak wydarzenia z frontu wojennego. Ma się wrażenie, że na 10 hektarach SSE w Koszalinie nie powstała montownia rowerów, ale tajna baza chińskiego desantu ekonomicznego.
Kiedy wyszło na jaw, że chiński konglomerat przemysłowo-usługowy zamierza wystąpić w przetargu na remont dróg w Jarocinie, tamtejsza dziennikarka zapytała mnie, co myśleć o burmistrzu, który chce oddać kontrakt na remont ulic Chińczykom! No bo przecież ich tania siła robocza może całkowicie zagarnąć najpierw jarociński, a potem i resztę lokalnych, powiatowych rynków budowlanych. W oczach już miałem boom budowlany na baraki dla skoszarowanej skośnookiej siły roboczej? No, wiadomo - nie o takie budownictwo Polska walczyła.
Analizuje się zyski chińskich producentów przyborów szkolnych i biurowych, konstatując, że pokaźną część pieniędzy polskich rodziców, wylewanych na rynek ok. 1. września, ekspansywny Chińczyk zabierze daleko stąd. Tam, gdzie produkuje te okładki do książek, długopisy czy flamastry. No, a naszych producentów nie stać na zakup maszyn do klejenia okładek w takich nakładach, by sprostać Chińczykowi.