Wyniki wczorajszej sesji na świecie podyktowały amerykańskie dane z rynku pracy, które pokazały wyższe od oczekiwań tempo wzrostu kosztów pracy w drugim kwartale. Roczny wzrost miał wynieść 4 proc., tymczasem w rzeczywistości było 4,9 proc. Wydajność pracy, tak jak oczekiwano, zwiększyła się 1,6 proc. Z jednej strony takie dane podkupuję wiarę inwestorów w dalszym wzrost zysków amerykańskich korporacji, z drugiej wskazują na wciąż utrzymująca się presję inflacyjną. Lepszy od oczekiwań odczyt wskaźnika ISM dla sektora usług nie był w stanie zrekompensować strat, jakie wyrządziły dane z rynku pracy. Tym samym trudno atak światowych indeksów na majowe wierzchołki został odwołany. Chwilowo czy na dłużej? Można zadać pytanie, co przez ostatnie cztery miesiące tak bardzo zmieniło się na plus w gospodarce, żeby zachęcić inwestorów do kupowania akcji po tych samych cenach, po których w maju tak chętnie się ich pozbywali. Właściwie cała zapoczątkowana w połowie czerwca zwyżka odbywała się w rytm danych sugerujących iż inflacja w amerykańskiej gospodarce obniżyła się na tyle, że tamtejsze władze monetarne nie będę na razie podnosić stóp procentowych. Rynki akcji uznały, że cena w postaci spowolnienia tempa wzrostu w USA, nie jest zbyt wysoka. Wczorajsze dane sugeruję jednak, że zapłacono za czekoladę, tymczasem dostawca podsuwa wyrób czekoladopodobny. W porównaniu do sytuacji sprzed czterech miesięcy mamy wolniejszy wzrost amerykańskiej gospodarki, przy wciąż wysokiej inflacji. Nie dość zatem, że indeks NAHB, obrazujący koniunkturę na amerykańskim rynku budowlanym wyznacza dla S&P 500 formację wodospadu, to odżyło zagrożenie, iż amerykański bank centralny będzie zmuszony wbić do trumny kolejne gwoździe. Na polskim rynku na amerykańskie dane nałożyli się arbitrażyści, którzy korzystając ze spadku bazy zamykali (sprzedawali akcje, kupowali kontrakty) otwarte w zeszłym tygodniu pozycje. Uwagę zwraca utrzymująca się blisko historycznego minimum wartość czterotygodniowej średniej z Wigometru, co w połączeniu z oczekiwaniami na sezonowy spadek, sprawia iż wciąż możemy wspinać się po ścianie strachu.