Ten okres musimy przeżyć i nie zwariować" - znów okazuje się, że zmysł analityczny Lecha Wałęsy nie zawodzi. Były prezydent mówił, oczywiście, o tym, co dzieje się wokół tak zwanej (warto to podkreślać, bo przecież tak naprawdę z bankami - instytucjami zaufania publicznego - nie ma ona tak znów wiele wspólnego) bankowej komisji śledczej. Popisy - to słowo pasuje tu jak ulał, chociaż dobre jest też: wariacje - polityków związane z komisją mieliśmy okazję śledzić w piątek.

Kto ma rację? Śledczy z PiS, którzy tak bardzo chcą przesłuchać prezesa NBP, że nie mogą poczekać tydzień na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego, czy powołanie komisji było z konstytucją zgodne czy nie? Czy prezes NBP, który zanim Trybunał nie zajmie się komisją, nie chce w ogóle o niej słyszeć (a jest przekonany, że w jego wypadku o żadnym konflikcie interesów nie ma mowy)? Obawiam się, że żadna ze stron.

Tak silna chęć członków komisji, by przesłuchać szefa banku centralnego przed orzeczeniem Trybunału musi tworzyć wrażenie, że właśnie posłowie z komisji są najmocniej przekonani o tym, że już wkrótce nie będą mieli tam już nic do roboty. Gdyby mieli czyste intencje, byliby w stanie odczekać tych kilka dni.

Ale smuci też zachowanie prezesa NBP. Jestem w stanie zrozumieć, że dla człowieka takiego formatu pojęcie konfliktu interesów nie istnieje, bo czyjekolwiek "interesy" w ogóle go nie interesują. Ale do tego, by odrzucić podejrzenia o konflikt interesów, powinien zrobić więcej niż pojawić się parę razy w gazetach, radiu i telewizji.