Silna gospodarka radzi sobie bez cudownych zaklęć. Magia nazwisk nie działa na inwestorów z taką samą mocą, jak w gorszych czasach. Z grubsza rzecz ujmując, teraz jest jej chyba wszystko jedno, czy ministrem finansów będzie Zyta Gilowska, czy Stanisław Kluza. Istotny jest np. projekt przyszłorocznego budżetu, a nie to akurat, kto pod nim składa podpis. W gruncie rzeczy trudno przecież zauważyć różnicę. Dopóki nie jest to podpis Leppera.
Ale przyznajmy, Gilowska ma cechy, które na stanowisku ministra bardzo się przydają. Nie można jej zdominować ani zakrzyczeć. Wie, czego chce, i potrafi o to walczyć. Mówi z wyjątkową swadą, a ta może się przydać, kiedy przyjdzie ministrowi finansów firmować decyzje, których - gdyby nie polityczne targi i kompromisy - nie poparłby. Pamiętajmy, inwestorzy są na słowa bardzo wyczuleni.
Gilowska dość długo i wytrwale pracowała też na wizerunek żelaznej damy polskich finansów. Zdobyła szacunek, sympatię i uznanie wielu wyborców z jednej strony, a inwestorów - z drugiej. Jej aktywność publiczna sprawiła, że oczekiwania w stosunku do niej są sporo większe niż wobec - bardzo cenionego w środowisku finansowym, ale szerzej słabo przecież znanego - obecnego ministra czy innych osób aspirujących do najwyższych stanowisk.
No i ma misję. W wywiadzie dla "Parkietu" mówiła kilka miesięcy temu - jeszcze przed lustracyjnym "urlopem" - o naukach, jakich w kwestii finansów publicznych udziela członkom Rady Ministrów. Rok akademicki zacznie się wkrótce. Pani profesor powinna solidnie się przygotować do wykładów, bo studentów ma w rządzie trudnych.