Nie tylko warszawski parkiet zmaga się z trendem bocznym. To problem światowy, który u nas przyjął dość drastyczną formę, Indeks ogólnoświatowy wyliczany przez bank Morgan Stanley, znajduje się w konsolidacji od połowy sierpnia. Przekroczenie 62-proc. zniesienia majowo-czerwcowej wyprzedaży nie tyle okazało się zachętą do kupowania, ale obudziło wątpliwości, czy od czasu zbudowania majowego szczytu sytuacja w światowej gospodarce na tyle się poprawiła, żeby płacić za akcje coraz więcej. Ważnym elementem giełdowej układanki nieustannie jest ropa naftowa (i szerzej surowce energetyczne), której notowania obniżyły się od czerwcowego szczytu o 19 proc. Z jednej strony pomogło to amerykańskim akcjom zbliżyć się do majowego szczytu - tańsza ropa oznacza niższe koszy dla tamtejszych przedsiębiorstw i więcej pieniędzy na ich produkty w kieszeniach amerykańskich konsumentów. Z drugiej obudziło obawy o tempo wzrostu zysków koncernów naftowych. W dużym stopniu to właśnie rosnący zarobek spółek wydobywających i przetwarzających ropę naftową sprawił, że firmy z indeksu S&P 500 zwiększały przez 17 kolejnych kwartałów zyski operacyjne przynajmniej w 10-proc. tempie. Analitycy już obniżają prognozy - o ile w trzecim kwartale spadek oczekiwanej dynamiki zysków spółek z sektora paliwowego (energy) jest symboliczny
(z 22 do 26 proc.), o tyle w ostatnich trzech miesiącach 2006 r. ma już być znaczny (z 8,2 do 4,8 proc.).
Pytanie - czy wobec oczekiwanego spowolnienia gospodarczego
inwestorzy zgodzą się, żeby
amerykańskie akcje były notowane przy wyższych wskaźnikach C/Z? Nie jest też powiedziane, że minimum na 62,2 USD (gatunek brent, notowania z IPE) osiągnięte w ostatni czwartek to już koniec spadków. Odreagowanie będzie w tej sytuacji dość naturalną reakcją, ale zbudowana na wykresie formacja podwójnego szczytu sugeruje, że wykres znajdzie się poniżej 60 USD. To lipcowo-sierpniowy podwójny szczyt stoi za obecną falą wyprzedaży