Demonstracje przed budynkiem węgierskiego parlamentu - reakcja mieszkańców Budapesztu na nagranie wyemitowane w publicznym radiu, w którym węgierski premier Ferenc Gyurcsany mówił, że kłamał w kampanii wyborczej - zaczęły się w niedzielę. W poniedziałek w nocy tłum walczył z policję. We wtorek forint spadł o 0,9 proc., a indeks budapeszteńskiej giełdy obniżył się o 1,2 proc. - Sytuację pogorszyła nieprawdziwa informacja podana przez jedną z agencji prasowych, zgodnie z którą Gyurcsany był gotów podać się do dymisji - mówi "Parkietowi" Raffaella Tenconi, ekonomistka z londyńskiego oddziału banku Dresdner Kleinwort Wasserstein. Korekta kursu węgierskiej waluty była największa od miesiąca. Spadły też obligacje.
Lars Christensen z kopenhaskiego Danske Banku z powodu niestabilnej sytuacji politycznej zalecił sprzedaż węgierskich aktywów. - To bardzo poważny lokalny kryzys. Zalecamy pozbywać się forinta - radzi ekonomista. Jego zdaniem, w ciągu kilku miesięcy za euro trzeba będzie płacić 280 forintów (wczoraj: 273 forinty).
Reakcja rynków finansowych w Europie Środkowej na wydarzenia na Węgrzech była umiarkowana. Główny indeks giełdy w Pradze spadł o 1 proc., a nasz WIG 20 - o 0,9 proc.
Złoty, który jest dość mocno skorelowany z forintem, spadł wczoraj o 0,4 proc. Zdaniem Tenconi, jest to jednak efekt niepewności dotyczącej kształtu przyszłorocznego budżetu Polski i wyników głosowania nad nim.
Najsłabiej zamieszanie na Węgrzech odbiło się na czeskiej koronie (straciła do euro tylko 0,05 proc.). - Podatność korony na wahania jest niewielka, bo czeska gospodarka ma się wyjątkowo dobrze, a stopy procentowe są niskie - tłumaczy "Parkietowi" Clemens Grafe, ekonomista londyńskiego UBS.