Rządzaca koalicja prowadzi dość specyficzną politykę. Mianowicie opiera ją na brakach - rzeczach, których nie ma. Jest w tym jakiś zamysł taktyczny, bo w końcu jakby coś było - cokolwiek - to wiadomo, że jedni by narzekali, że jest tego za dużo, a inni, że za mało. A jak czegoś nie ma, to trudno się czepiać.
No i rzeczywiście trudno się czepiać. Ot, choćby taka Komisja Nadzoru Finansowego. Ciało to rodziło się w bólach, a jak się urodziło, to jakby go nie było. Nie ma jej szefa, więc nie ma powodu do narzekań, że szef jest zły. Nie ma statutu, bo ten zatwierdza szef, więc de facto komisji też nie ma. Na marginesie, całe to zamieszanie powoduje, że nie ma też szefa Komisji Nadzoru Bankowego. Zgodnie z prawem bowiem, przewodniczącym KNB jest szef KNF. Obawiam się więc, że posłowie, co to chcieli przesłuchać prezesa NBP jako przewodniczącego KNB, albo będą pisać swoje zaproszenia na Berdyczów, albo przyznają, że interesuje ich Leszek Balcerowicz jako Leszek Balcerowicz.
Nie ma także obniżki stawek podatkowych. Aż korci zapytać, czy można PiS pozwać do sądu za niedotrzymanie tej obietnicy? W końcu - jak wiadomo - można zostać pociągniętym do odpowiedzialności za niedotrzymanie obietnic matrymonialnych, zwłaszcza gdy miało się z tego jakieś profity. PiS przecież na wygraniu wyborów w jakimś stopniu skorzystało, a obietnic nie dotrzymało. I to w dziedzinie daleko ważniejszej niż małżeństwo. W końcu są tylko dwie pewne rzeczy na świecie - śmierć i podatki. O ślubie w tym powiedzeniu nie ma ani słowa.
Reforma finansów to też kolejna rzecz, która miała być, a jej nie ma. To akurat nic nowego, bo jak do tej pory każdy rząd bawił się tym balonikiem wedle potrzeb - nadymał wieści o nadchodzącej reformie, gdy było źle i inwestorzy pakowali manatki przed ucieczką z Polski, a spuszczał z niego powietrze, gdy sytuacja się poprawiała. Ale gdy się przyjrzeć uważniej kolejnym propozycjom, zawsze były dokładnie takie jak balonik właśnie - trochę koloru na zewnątrz i pustka w środku.
Miał być także powrót Zyty Gilowskiej, a go nie ma. Podobno dlatego, że albo premier, albo prezydent bawi poza granicami, a także z kilku innych przyczyn. Ten cały cyrk z powracaniem byłej wicepremier w szeregi ministrów spowodował, że przypomniałem sobie cytat z Jorge Louisa Borgesa. Nawet zacząłem go poszukiwać, ale - taki czas - też go nie ma. Z grubsza brzmiało to tak, że wszystko się powtarza, ale w nieco inny sposób - to, co kiedyś zdarzyło się jako dramat, potem dzieje się raz jeszcze, ale jako farsa.