Włączam telewizor i oczom własnym nie wierzę: na spokojnych dotąd Węgrzech - które jako pierwszy kraj postkomunistyczny wybrały na ponowną kadencję rząd władający przez poprzednie cztery lata - tysiące ludzi wyszło na ulice Budapesztu. Płoną samochody, rozwścieczeni manifestanci szturmują budynki telewizji, domagając się dymisji premiera.
A wszystko to dlatego, że premier naszego bratanka powiedział kilka słów prawdy - o tym, że węgierscy politycy od lat okłamują swój naród w sprawie stanu gospodarki i finansów państwa.
Z tego, co dzieje się dziś na Węgrzech, płynie kilka ważnych wniosków również dla nas. Dobrze byłoby, aby kłócący się właśnie o budżet politycy znaleźli chwilkę, aby się nad nimi zastanowić.
Po pierwsze, węgierski kryzys dowodzi, że za populizm w polityce gospodarczej prędzej czy później się płaci. Zarówno rządzący socjaliści, jak opozycyjny Fidesz prześcigali się w przedwyborczych obietnicach. Miały zostać obniżone podatki, wzrastać wydatki, budżet węgierski miał się cudownie rozmnożyć, a od społeczeństwa nikt nie miał wymagać żadnych wyrzeczeń.
Wszystko przeszło gładko - socjaliści, którzy w tych kłamstwach okazali się nieco skuteczniejsi od prawicy, wygrali wybory. Tyle że po kilku miesiącach ich wyborcy wyszli na ulicę. I nie usunie ich z niej nawet najskuteczniejsza socjotechnika.