Odwlekanie nominacji szefa nadzoru finansowego jest bardzo złym sygnałem. Generalnie wiadomo było, że Komisja Nadzoru Finansowego nie podoba się większości uczestników rynku. Sprawą otwartą jest to, czy nie podoba się, bo jest wadliwie skonstruowana, czy dlatego, że jej szefem miał zostać Cezary Mech, który już za czasów nadzorowania rynku funduszy emerytalnych nie cieszył się sympatią.
Politycy PiS jednak kompletnie zrezygnowali z prób przekonania rynku do swoich propozycji. Wystarczyło bowiem znaleźć odpowiedniego kandydata, przedstawić go rynkom, i dać im czas na poznanie jego i jego poglądów. Zadanie takiego kandydata nie byłoby trudne - wystarczyłoby, aby była to osoba w miarę niezależna i będąca w stanie przekonać rynek, że chce np. przyspieszenia tempa rozpatrywania wniosków składanych przez TFI, rozwoju rynku giełdowego itd. itp.
Tymczasem jednak KNF stał się ofiarą polityki. Podejrzewam, że nawet najwięksi przeciwnicy powołania tej instytucji nie spodziewali się, że będą mijać kolejne dni, a nowy nadzór nie będzie miał szefa. Że pracownicy dotychczasowych regulatorów będą trzymani w zawieszeniu co do swojej przyszłości, co może tylko zaszkodzić nowej instytucji.
Nie wiem, czy brak szefa KNF to efekt wahania Zyty Gilowskiej, czy obaw Stanisława Kluzy, czy też jeszcze innego czynnika, który szerszej publiczności jest kompletnie nieznany. Ale bardzo źle jest, gdy w sytuacji, kiedy rynek się świetnie rozwija, gdy Polacy uwierzyli w możliwość pomnażania swoich oszczędności przez inwestowanie w fundusze i akcje, mamy czarną dziurę zamiast sprawnego nadzorcy. I kwestie kłótni koalicyjnych nie mają tu żadnego znaczenia. Chyba - a, niestety, wiele na to wskazuje - że pieniądze Polaków są dla premiera Jarosława Kaczyńskiego sprawą drugorzędną.