Polityka ma czasem dość nieoczekiwany wpływ na geografię. Otóż nagle okazało się, że Węgry i Polska to prawie sąsiedzi. Niektórzy zaś nawet zaczęli udowadniać, że właściwie to zaraz będziemy mieć Węgry w Polsce. To nawet byłoby miłe, bo nie mam nic przeciwko np. Węgierkom, węgierskim winom i gulaszowi, zwłaszcza pikantnemu. Ale, niestety, import miałby dotyczyć raczej tych gorszych stron sytuacji Węgier.
Nie ma co się spierać - sytuacja finansów publicznych w naszym kraju jest kiepska. Czasem mam wrażenie, że politycy generalnie przestają się przejmować tymi liczbami, których nie są w stanie zliczyć na palcach. Sytuacja Węgier jest jeszcze gorsza. Tylko jak na razie kryzysu węgierskiego (a byłby to już drugi od początku transformacji w tym kraju) nie ma.
Problem polega na tym, że Węgrzy protestują nie do końca pod właściwym adresem. To znaczy, jasne - rząd, który ukrywał prawdę, nadaje się do dymisji. Inna sprawa, że gdyby był szczery i prawdy nie ukrywał, na żadną posadę by się nie załapał. Ale moim zdaniem, każdy Węgier, który rzuci kamieniem w siedzibę rządu, wcześniej powinien odwrócić się do swojego sąsiada i dać mu w pysk.
Bo w końcu to Węgrzy sami sobie zgotowali ten los. Jeśli do Polski docierały informacje, że z naszymi bratankami jest krucho, to tym bardziej musiały być one znane w okolicach Budapesztu. Kto nie chciał słuchać cierpkich słów na temat stanu swojego kraju, słuchał miłych dyrdymałów, które płynęły ze sztabów partii biorących udział w wyborach.
I jeśli nas czeka powtórka z tego, co się dzieje na Węgrzech, to także przed wyjściem na ulice warto byłoby trzasnąć sąsiada w ucho. Bo nasz gigantyczny dług publiczny, który rośnie sobie w najlepsze, nie jest tylko zasługą tej ekskoalicji czy samego PiS, ale także całego długiego rzędu poprzednich polityków. Ktoś w końcu na nich głosował, komuś odpowiadały bajki o konieczności wydawania więcej na ubogich i drogi. Jakoś tak się dziwnie składa, że ubogich przybywało, a dróg niespecjalnie. A mimo wszystko kolejne opowieści na ten temat dalej znajdywały posłuch. Andrzej Lepper też zdecydował się na rozbicie koalicji pod hasłem, że rolnicy mają za mało. I pewnie ktoś z wdzięczności za te parę słów będzie na niego głosował.