O tym, że banki (i bankowcy) mają się dobrze dzięki "wyciskaniu klientów", wiemy wszyscy. No i co? Zazwyczaj nic. Dajemy się "doić", bo potrzebujemy pieniędzy, żeby kupić mieszkanie, samochód, meble... Pokornie pukamy do drzwi banków, prosząc o złotówki na zorganizowanie urlopowego wyjazdu, opłatę za naukę dzieci, leczenie w przyzwoitych warunkach... Coraz częściej i coraz więcej z nas wyciąga też rękę do banków po pieniądze, bo brakuje w domowych budżetach na zapłacenie czynszu, opłatę za gaz czy nawet na jedzenie. Im więcej mamy finansowych problemów, im głębsza dziura w naszych budżetach, tym szersze uśmiechy na buziach bankowców. Tyle tylko, że nam do śmiechu nie jest, bo pożyczki kosztują. I to sporo. Odsetki od kredytu odnawialnego to w polskich bankach średnio 15-17 proc. Szaleństwo, od którego nie ma ucieczki? Czy do końca życia skazani jesteśmy na żarłoczność bankowców?

Okazuje się, że niekoniecznie. Na przykład: w Wielkiej Brytanii już od jakiegoś czasu działa wirtualna firma Zopa, stworzona przez byłego dyrektora banku internetowego EGG. Jest to miejsce, gdzie osoby mające nadwyżki finansowe pożyczają pieniądze tym, którym chwilowo brakuje gotówki. Istotą jest znaczące ograniczenie marży pobieranej przez banki i przeniesienie części ryzyka na kredytodawców. W ten sposób obie strony transakcji mogą liczyć na znacznie lepsze warunki, niż mogłyby uzyskać gdziekolwiek indziej. Dla kredytobiorcy oznacza to niższe oprocentowanie kredytu, dla kredytodawcy- wyższą stopę zwrotu niż na standardowej lokacie. Może i u nas warto wziąć kredyty we własne ręce?