Polski sektor wytwarzania energii jest w opłakanym stanie. Około 60 proc. bloków energetycznych ma ponad 30 lat. Prawie jedna czwarta naszych mocy powinna zostać w ogóle wyłączona albo gruntownie wyremontowana. W połowie lat 90. kilkunastu wytwórców, wytwarzających większość krajowej energii, podpisało kontrakty długoterminowe na sprzedaż energii z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi. Miały one umożliwić elektrowniom zaciąganie kredytów na nowe inwestycje. Jednak nowe bloki wytwórcze powstają z ogromnym trudem. Dlaczego?
- Kontrakty długoterminowe wystarczyły w zasadzie tylko na spłacenie wcześniejszego zadłużenia. Poza tym bardzo mocno obciążyły majątek elektrowni zobowiązaniami wobec PSE. Dlatego bardzo ograniczyły możliwość podejmowania nowych inwestycji - uważa Andrzej Głowacki, prezes firmy doradczej DGA. Innego zdania jest prof. Władysław Mielczarski, członek Europejskiego Instytutu Energii. - Można powiedzieć, że to dzięki kontraktom długoterminowym polska energetyka w ogóle działa. Przy ich pomocy odbudowano 80 proc. największych polskich bloków wytwórczych: w Opolu, Turowie, Łaziskach, częściowo w Sierszy i Kozienicach oraz pół Połańca - stwierdza.
Za wolno, wciąż za wolno
Teraz w Polsce trwają prace nad powstaniem trzech nowych bloków energetycznych: w Pątnowie, Bełchatowie i Łagiszy. Ich łączna moc wyniesie 1,75 GW. Tymczasem 8 GW mocy wytwórczej przekroczyło już swój wiek projektowy. Oznacza to, że powinny być wyłączone. Na to nie możemy sobie pozwolić, bo zapotrzebowanie na energię w Polsce wzrasta w tempie 2,5-3 proc. rocznie. Dlaczego zatem, chociaż mamy KDT-y, nie powstają nowe elektrownie? - Pojedyncze zakłady mają problemy z domknięciem finansowania bloków wytwórczych. Bełchatów, będący największym producentem energii w Europie, prowadził negocjacje w tej sprawie prawie trzy lata - wyjaśnia W. Mielczarski.
Nie można winić zarządów