Wielu dziennikarzy pamięta, być może, dawniejszą konferencję prasową zarządu jednej z największych polskich firm, podczas której pewien kolega zapytał: - Panie prezesie, panie majorze, czy jest pan w stanie spoczynku, czy na służbie? Odpowiedzi, rzecz jasna, nie dostał. Pytanie przypomniało mi się w związku z likwidacją WSI, o której teraz bardzo głośno.
Przy okazji szersza refleksja. Na przełomie lat 80. i 90. mieliśmy u siebie republikę bananową, nie tylko dlatego, że banany - wcześniej towar równie deficytowy jak kakao czy pomarańcze - dopłynęły wreszcie do portów (rychłe przybicie do nabrzeża statków z towarem miało być, jak systematycznie donosił Dziennik Telewizyjny, remedium na niektóre braki w zaopatrzeniu) i zalały nasze sklepy. Także ze względu na generała u steru i zakulisowe mechanizmy sprawowania władzy. Później od przekształcenia w Bantustan, gdzie każdy zna swoje miejsce, obroniły nas jedynie w pełni demokratyczne wybory, które żadnej z grup wpływów nie pozwalały przez dłuższy czas utrzymać się na górze. Jeszcze później nadszedł czas powszechnej prywatyzacji dla wybranych, poufnych spotkań biznesowych w Pałacu i ustaw za łapówki. Tym samym dryfowaliśmy szlakiem dobrze przetartym przez republiki postradzieckie, oczywiście z Londynem jako miejscem odpoczynku dla wyczerpanych walką oligarchów.
Czy zauważyli Państwo, że na każdym etapie tej ewolucji dużo do powiedzenia, z natury rzeczy, musiały mieć tajna policja i specjalne służby?
Nic więc dziwnego, że kolejnym, jednakże bardzo spóźnionym, etapem rozwoju musiała być Teczkolandia czy szerzej - Służbolandia, gdzie albo rzeczywiście służby mają nadspodziewanie wiele do powiedzenia, albo - jeśli nawet w jakiejś sprawie nie mają, to i tak przypisuje im się moc sprawczą.
Paradoksalnie oznacza to jednak - i to jest dobra wiadomość - że zbliżamy się do strefy cywilizacji zachodniej, przynajmniej jeśli za punkt odniesienia wziąć NRD (bo przecież nie całe Niemcy) czy Czechy. Oba wspomniane państwa też musiały sobie poradzić z problemem dekomunizacji, lustracji i "odsłużbienia". I poradziły sobie, a nawet już o nim zapominają. My, przeciwnie - prawie całą drogę mamy przed sobą, na dodatek - jak to u nas - wyboistą i błotnistą. Ale wreszcie na nią wkroczyliśmy.