Jak powszechnie wiadomo, na polityce i gospodarce znają się wszyscy. A jak się na czymś znamy, to trudno odpuścić sobie okazję do pochwalenia się tą wiedzą przed innymi. Pół biedy, jeśli sprowadza się to do dyskusji z rodziną lub znajomymi przy weekendowym grillu, choć takie debaty w wąskim gronie mogą mieć czasami dla uczestników niemiłe konsekwencje w postaci śmiertelnie obrażonego wujka czy kolegi, którego poglądy nieco różnią się od naszych. Ot, taka nasza polska mentalność...
Znacznie gorzej, gdy żądza manifestowania swojej wiedzy i jedynie słusznych poglądów dopada osoby mające realny wpływ na losy milionów Polaków. Dzieje się tak, niestety, w przypadku posłów Ligi Polskich Rodzin, którzy coraz częściej raczą nas swoimi pomysłami na polską gospodarkę, a których kompetencje w tej materii są, delikatnie mówiąc, wątpliwe. Czołowi działacze LPR patrzą na gospodarkę, tak jak na wszystko inne - przez pryzmat jedynie słusznej własnej ideologii. I elementy tej ideologii próbują na siłę wprowadzać w różne obszary życia gospodarczego. Stąd pojawiające się pomysły renacjonalizacji części majątku sprywatyzowanego po 1989 r., niechęć do wprowadzenia euro czy forsowana z uporem maniaka koncepcja zakazu handlu (a także innej pracy!) w niedziele.
Działacze LPR z reguły nie uzasadniają swoich koncepcji gospodarczych argumentami o charakterze ekonomicznym. Nie interesuje ich, jakie skutki dla gospodarki będzie miała realizacja ich pomysłów. Najważniejsze, żeby były zgodne z ideologią partyjną. Nieważne, że kapitał prywatny jest znacznie bardziej efektywny od państwowego, a spółki Skarbu Państwa wykorzystywane są często do celów politycznych. Nieważne, że opóźnianie wprowadzenia w Polsce euro zmniejsza konkurencyjność naszych firm. Nieważne, że zakaz handlu w niedziele będzie skutkował wzrostem bezrobocia i stworzy kolejną barierę dla wzrostu gospodarczego. Partia Giertycha rozumuje przecież w zupełnie innych kategoriach...
Niestety, LPR nie jest w stanie wyciągnąć wniosków nawet z własnych błędów. Nie tak dawno odbyło się w Polsce referendum dotyczące wejścia do Unii Europejskiej, poprzedzone ostrą kampanią jego zwolenników i przeciwników. Najzagorzalszymi przeciwnikami akcesji byli właśnie politycy LPR, którzy szerzyli czarne wizje kolejnego rozbioru Polski, masowo bankrutujących polskich przedsiębiorstw, rosnącego bezrobocia, importu zalewającego nasz kraj itd. I co? Ponad dwa lata po wejściu do Unii rzeczywistość jest zupełnie inna - gospodarka się rozwija, firmy coraz więcej inwestują, bezrobocie spada, płyną do nas szerokim strumieniem unijne pieniądze. Co więcej, nasze firmy podbijają coraz śmielej rynki unijne - jest dokładnie odwrotnie, niż wróżyła Liga. Jakieś wnioski? Myślę, że dla czytelników oczywiste... Dla działaczy LPR, niestety, nie. Nadal wypowiadają się na tematy, o których nie mają pojęcia, a swoje koncepcje forsują z takim zacięciem, jakby mieli co najmniej kilkudziesięcio-, a nie kilkuprocentowe poparcie społeczne. Warte podkreślenia jest również traktowanie gospodarki przez LPR jak organizmu, którym można dowolnie sterować. Tu zakazać, tam nakazać, gdzie indziej ograniczyć. Podejście takie, stosowane, niestety, w innych dziedzinach życia, na które partia ta uzyskała wpływ (szkolnictwo!) w przypadku gospodarki nie może przynosić pozytywnych skutków. Gwarantem rozwoju jest dzisiaj poszerzanie wolności gospodarczej, a nie jej ograniczanie. Oprócz zdrowego rozsądku, podejście takie wymusza otaczająca nas rzeczywistość - jeśli będziemy ograniczać swobody i stwarzać kolejne bariery rozwoju, szybko przegramy w konkurencji z innymi krajami naszego regionu. To tam będą płynęły inwestycje zagraniczne, to tam będą rozwijane nowoczesne technologie, to tam będą powstawały nowe miejsca pracy. A Polska? Będzie skansenem, do którego na wycieczki przyjeżdżać będą bogaci turyści z Czech, Węgier i Estonii...
Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową