Szef amerykańskiego banku centralnego, Ben Bernanke, rozczarował obserwatorów. W wystąpieniu dotyczącym globalizacji - podczas tradycyjnego spotkania szefów banków centralnych w Jackson Hole - ani słowem nie wspomniał o stopach procentowych. Nawet między wierszami. To, co miał do powiedzenia, powinno być jednak pożyteczną lekturą właśnie dla specjalistów ds. finansów, którzy z racji zawodu codziennie są aktywni na rynkach finansowych, ale jako osoby prywatne często nie mają ugruntowanego zdania na temat globalizacji. A jeśli mają, to takie, które stoi w sprzeczności z ich działalnością zawodową.
Globalizacja postrzegana jest wybiórczo. Wiele osób w branży finansowej nie myśli o niej, prowadząc codziennie interesy na całym świecie, obserwując aktywność uczestników rynku w czasie rzeczywistym czy komunikując się ze swoimi partnerami na całym świecie poprzez e-mail lub za pomocą wideokonferencji. Podobnie, gdy robiąc zakupy, korzystają z ogromnego wyboru towarów oraz spadających cen niemal wszystkich dóbr produkowanych przez rozwijające się kraje Dalekiego Wschodu. W mediach, a być może także prywatnych rozmowach podkreślają za to negatywne strony globalizacji, takie jak utrata stanowisk pracy, przenoszenie firm i zakładów produkcyjnych, utrata konkurencyjności czy zagrożenie dla przetrwania przedsiębiorstw, branż, a nawet całych gospodarek narodowych.
Bez wątpienia - są przegrani, tak jak przy każdych zmianach strukturalnych. Jeszcze przed paroma dekadami, co obecnie wydaje się niezrozumiałe, większość Niemców była przeciwko "postępowi technicznemu" lub, co najmniej, się go obawiała. Podobnie jak postępowi technicznemu, globalizacji nie można jednak zapobiec. Można ją co najwyżej spowolnić. W najgorszym wypadku polityka zmusza wtedy podmioty gospodarcze do wykorzystywania okrężnych dróg i tylnych drzwi, powodując tym samym brak przejrzystości ich działań i nieefektywność. Bez polityki się tu jednak nie obejdzie. Radykalnego, leseferystycznego myślenia, które wolę polityczną i ekonomiczny racjonalizm widzi jako sprzeczność, w tym wypadku nie można stosować. Problem światowego systemu handlu i wyrównania różnic między biednymi a bogatymi na skalę światową można rozwiązać tylko w wymiarze politycznym.
Sytuacja negocjacyjna zachodnich państw przemysłowych i małych, biednych krajów, które są wystawione na skutki globalizacji, jest wysoce asymetryczna. Szczególną rolę w dyskursie na temat globalizacji mogą więc odegrać te - wcześniej biedniejsze - kraje, które w ostatnich dziesięcioleciach nadrobiły dystans, a nawet udało im się już dołączyć do grupy państw rozwiniętych. Te z nich, którym udało się osiągnąć sukces większy niż innym, mogą teraz nie podzielać tezy o absolutnych korzyściach płynących z wolnego handlu i wolnego przepływu kapitału, ale swój awans po wielokroć zawdzięczają właśnie liberalizacji międzynarodowych stosunków gospodarczych, początkowo sterowanej i selektywnej.
To prawda, że taka liberalizacja, dobra dla biedniejszych krajów, niekoniecznie jest już taka dla wszystkich mieszkańców bogatych państw przemysłowych. Im jednak większa i bogatsza gospodarka narodowa, tym pewniejsze, że w całości będzie czerpać korzyści z globalizacji. Wyrównanie interesów między korzystającymi a przegranymi musi w takiej sytuacji nastąpić na poziomie wewnętrznym kraju. Przy szerokim i elastycznym rynku pracy oraz odpowiednim dostępie do kapitału można to osiągnąć bez ingerencji państwa, chociaż inwestycje w system kształcenia zawodowego mogą ten proces wspierać. Opcja protekcjonizmu krajom wysoko rozwiniętym raczej nie przystoi.