Jest coś niezwykłego w naszej polityce - chodzi o wyjątkową elastyczność naszych polityków.
Przykład dała PO, która parę dni przed wyborami chciała tworzyć rząd z "przyjaciółmi" z PiS, a dwa tygodnie po elekcji zaczęła się obawiać, że "przyjaciele" o piątej nad ranem przyjdą aresztować jej członków. Następnie niezwykłą giętkość wykazało PiS, które z braku innych partnerów sięgnęło po Samoobronę. Nagle szefom największej partii w parlamencie przestało przeszkadzać, że posłów Samoobrony co jakiś czas wizytują policjanci i prokuratorzy. I to mimo haseł, że co jak co, ale prawo i sprawiedliwość muszą być.
Tą giętkością zaraziła się Samoobrona, która najpierw lubiła swoich kolegów rządowych z PiS, a potem ich lubić przestała. Szef Samoobrony Andrzej Lepper wyleciał z gabinetu wicepremiera z hukiem, za co Renata Beger, jego koleżanka partyjna, słynąca z umiejętności podpisywania, giętkich przedstawicieli PiS wystawiła dziennikarzom.
Partia rządząca zwróciła się do PSL, ale jego przedstawiciele okazali się dziwnie sztywni (nic dziwnego, że schodzą ze sceny politycznej). I w tym momencie Andrzej Lepper zaprezentował jeszcze większą giętkość, wręcz wiotkość. Chce wracać do rządu!
Ta cała zabawa kosztowała setki milionów złotych w spadku wartości złotego, wahaniach indeksów i pogorszeniu się opinii o Polsce. A wszystko przez to, że politycy nie umieją właściwie wykorzystać swoich zdolności. A więc doradzam: drodzy panowie, takie popisy to na mistrzostwach świata w gimnastyce artystycznej. W Sejmie przydałoby się za to trochę stabilności.