4 października jest dniem św. Franciszka, mojego patrona. Jestem dumny, że nazywam się Franciszek. Cieszę się, że w Polsce rodzi się coraz więcej dzieci, którym nadaje się to imię.
Wiele się zmieniło, od kiedy szesnaście lat temu pierwszy raz przyjechałem do Polski, a moi nowi przyjaciele zaczęli mówić do mnie Franciszku. Dodawali, że ów święty kojarzy im się ze starą, brodatą postacią. A ja w Polsce znalazłem drugą młodość. Tego chyba szukałem, uciekając z bogatej i skostniałej Francji, tak jak św. Franciszek uciekał z bogatego domu ojca.
Mój święty patron miał decydujący wpływ na to, kim jestem. Bez zdradzania tajemnic mojego życia osobistego mogę stwierdzić, że stosowałem wiele wskazówek św. Franciszka. Często nieświadomie. Nawet te wskazówki, jakie Franciszek z Asyżu dawał zanim zaczął żywot świętego. Często myślę o nim i zastanawiam się, jaki wniosek wyciągnąłby ze swoich doświadczeń, gdyby żył w teraźniejszości.
Po tak wielu spotkaniach z kandydatami szukającymi pracy myślę, że każdy z nas ulega wpływom swojego patrona. Każde imię ma swoje znaczenie. Nawet jeśli niewielu zna znaczenie swojego imienia (choć w Polsce wiedza jest o wiele większa niż na Zachodzie, np. we Francji), podświadomość grupowa kojarzy nas z naszym świętym patronem i trudno jest w życiu podążać wbrew jego przesłaniom. Cała nasza tożsamość krystalizuje się wokół imienia. Imię - pierwszy dźwięk, jaki usłyszymy w życiu - powtarzane jest bez końca przez najbliższe nam osoby. To słowo jest pierwszym pomostem, który łączy świat noworodka ze światem zewnętrznym. To początek drogi w naszym rozwoju. Kariera jest niczym innym, jak tylko dalszym ciągiem tego kierunku.
Dlatego, o ile w swoim życiu zawodowym wszystko można delegować, aby zostać liderem w zarządzaniu, o tyle będąc nim we własnym życiu nie można zaniedbać, odsunąć się ani powierzyć komuś innemu starań o rozwój własnej kariery.