Nie jest zgodna z prawdą teza, że budżet został przygotowany rozrzutnie - powiedziała wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska, prezentując w Sejmie projekt ustawy budżetowej na 2007 r. Uprzedziła tym samym krytykę opozycji, że przyszłoroczne wydatki rosną w zbyt szybkim tempie.
Wydajemy na słuszne cele
Wiceminister przypomniała, że wydatki w porównaniu z 2006 r. rosną o 31 mld zł. - W dwóch trzecich wynika to jednak z wpisania do budżetu funduszy unijnych. Bez tych środków wydatki rosną tylko o 11,5 mld zł - tłumaczyła. Podkreślała, że więcej o ponad 3 mld zł trafi na bezpieczeństwo, o 2,8 mld zł na waloryzację rent i emerytur. - Ograniczyliśmy bardzo wydatki na administrację. Nie ma nawet najprostszych podwyżek dostosowujących płace nominalne do inflacji - argumentowała. Zapewniała, że rząd proponuje budżet "realny", dostosowany do "najbardziej prawdopodobnego rozwoju zdarzeń". Podkreśliła, że zachowanie kotwicy budżetowej na poziomie 30 mld zł umożliwi obniżenie deficytu sektora finansów publicznych do 3,6-3,7 proc. w 2007 r. i 3,3 proc. w 2008 r.
Gdzie jest "tanie państwo"?
Opozycja nie podzieliła optymizmu wicepremier. - Rząd marnotrawi dobry rozwój gospodarczy - grzmiał Zbigniew Chlebowski z Platformy Obywatelskiej. PO skrytykowała rząd za rosnący dług publiczny. - Wzrośnie on w ciągu roku o 50 mld zł. Koszty obsługi długu to już ponad 28 mld zł. To są ogromne koszty - stwierdził Z. Chlebowski. Sojusz Lewicy Demokratycznej skoncentrował się na wydatkach na administrację. - Pokażcie urząd, który będzie likwidowany. Gdzie jest "tanie państwo"? To budżet nie IV RP, ale PRL - wytykała posłanka Anita Błochowiak. Ostatecznie tylko PO zgłosiła wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu.