Jakiś czas temu w jednym z felietonów zwracałem uwagę na rozbieżność subiektywnych odczuć co do tempa wzrostu cen i oficjalnych statystyk Głównego Urzędu Statystycznego. Jeśli bowiem wierzyć "figurom", którymi co najmniej raz w miesiącu emocjonuje się rynek, to - mimo nieśmiałych oznak w sumie delikatnego wzrostu - wskaźnik CPI pozostaje na historycznie bardzo niskim poziomie. Dzieje się to w sytuacji, gdy ceny co najmniej kilku rodzajów dóbr są powodem sporych stresów.

I tak, na przykład, mimo ostatnio obserwowanej korekty na rynku ropy każda wizyta na stacji benzynowej wręcz niemiłosiernie drenuje portfel. Wciąż szokuje tempo wzrostu cen nieruchomości. A jeśli już o kupowaniu mieszkania czy domu mowa - to przecież coraz bardziej cenią się tzw. fachowcy. Których zresztą trudniej znaleźć, bo część dała już nogę z naszego pięknego kraju.

Efekt jest taki, że za te same pieniądze możemy kupić dziś zdecydowanie mniej powierzchni mieszkania, domu czy działki niż jeszcze rok, dwa czy trzy lata temu. Nie dość, że nasze możliwości finansowe bledną wobec szaleństwa cen na rynku nieruchomości, to jeszcze coraz mniej możemy zlecić wspomnianym fachowcom - mówiąc obrazowo, możemy kupić mniej ich godzin roboczych. Na dodatek tracimy mobilność, bo stać nas na znacznie mniej paliwa niż dawniej. Widziana przez taki pryzmat siła nabywcza naszych pieniędzy maleje w oczach. A oficjalna statystyka sugeruje, że tak naprawdę wzrost cen jest tylko naszym przewidzeniem?

Ceny interesujących wiele osób towarów i usług zatem rosną, a inflacji generalnie nie ma. Nie wiem, czy opracowujący koszyki inflacyjne statystycy czują jakiś dyskomfort z tego powodu i czy ów rosnący dysonans dostrzegają. Wiem, że wszystko to powoduje, że myślę, czy nie warto byłoby podawać odrębnego wskaźnika inflacji "metropolitalnej", np. "CPI Warsaw", analogicznie do japońskiego wskaźnika dla Tokio. Bo z coraz większym dystansem patrzę na zagregowane ogólnopolskie dane statystyczne, w tym np. na "figury" pokazujące dynamikę i poziom płac. W tym przypadku oficjalne dane mogą być znacznie zakłócone nie tylko przez nierejestrowaną szarą strefę, ale także przez zatajanie informacji o faktycznych dochodach. A oczekiwania płacowe (i przez to inflacyjne) ludzi kształtują przecież nie comiesięczne komunikaty GUS, ale obserwacja realiów otoczenia. Warto o tym pamiętać, patrząc na nieco usypiające czujność oficjalne statystyki. Może się bowiem okazać, że subiektywne, ale faktyczne, odczucia inflacyjne i wiążące się z tym oczekiwania i roszczenia płacowe zadziałają jak "dopalacz" inflacyjny.

O możliwych konsekwencjach tego zjawiska dla płac w kraju pisałem kilka tygodni temu. Jakby na potwierdzenie tych obserwacji życie przyniosło nieco humorystyczny dowód na istnienie takiej uśpionej jeszcze presji płacowej. Oto mój znajomy, organizując remonty mieszkań, szuka właśnie dobrej ekipy malarzy. Z przyzwyczajenia zadzwonił najpierw do sprawdzonej ekipy z południa Polski. Dopadł ich? w Szwecji, ale, niezrażony, usiłował przekonać szefa ekipy, by wpadli "na robotę" do Polski. Oferował ponoć niezłe - jak na Polskę - stawki godzinowe. Ale oczekiwania inflacyjne i płacowe szefa ekipy malarzy zakończyły szybko rozmowę. - Daj znać, jak będziesz mógł dać 7 euro za godzinę, to pogadamy... - usłyszał. Malarz dodał, że może wróci do Polski, wtedy gdy co miesiąc będzie mógł odłożyć "na czysto" - po odliczeniu wszystkich kosztów życia - co najmniej pięć tysięcy złotych. No cóż, jakoś nie wierzę, by fachowiec ów dał się przekonać, że błądzi, bo przecież oficjalne średnie płace są kilka razy niższe, a rosną raptem o kilka procent rocznie. Oferty płacowej Szweda czy Niemca nie przebijemy i o fachowcu trzeba zapomnieć. W takiej sytuacji wydrukowany kolejny radosny komunikat GUS-u o nadal niskiej inflacji posłużyć nam może jako materiał na malarską czapkę. Bo z uwagi na ostro - acz ponoć bezinflacyjnie - drożejącą robociznę ściany pomalujemy sami. Pocieszmy się, że roboty z każdym miesiącem i tak będzie coraz mniej, bo przez wzrost cen i tak będziemy mogli kupić coraz mniej metrów mieszkania. Samochód zastąpimy rowerem. Tak będzie i taniej, i zdrowiej. Wzmocnieni fizycznie obywatele będą mogli skuteczniej walczyć o podwyżki płac. I tym samym napinać sprężynę inflacji. Tej inflacji, której ponoć nie ma...