Obecny gabinet można śmiało nazwać rządem zaniechań gospodarczych. Wyraźnie widać, że po obiecującym początku (wizyta na giełdzie w pierwszych dniach urzędowania, deklaracje odnośnie do restrykcyjnej polityki fiskalnej) premier Kaczyński odsunął kwestie gospodarcze na drugi, a może nawet na trzeci plan. Ma to swoje zalety - podejście takie gwarantuje bowiem, że rząd nie popsuje zbyt wiele w gospodarce. Wiadomo przecież, że wolny rynek najefektywniej steruje procesami gospodarczymi, a ingerencja niesie ze sobą więcej złego niż dobrego.
Polska jest jednak w specyficznej sytuacji - gospodarka rynkowa nie została jeszcze w naszym kraju w pełni ukształtowana, a proces transformacji systemowej nie jest ciągle dokończony. Po okresie dynamicznych zmian na początku lat dziewięćdziesiątych przyszło bowiem spowolnienie reform, w efekcie którego borykamy się wciąż z wieloma problemami odziedziczonymi po gospodarce socjalistycznej. Wymienić tu można chociażby niedokończoną prywatyzację, skostniały system ubezpieczeń społecznych, niewydolną służbę zdrowia czy monopole, które praktycznie przetrwały w kilku ważnych sektorach gospodarki. Rozwiązanie tych problemów stanowi wyzwanie, z którym kolejne rządy nie chciały lub nie były w stanie sobie poradzić. Nie powinno więc dziwić, że także rząd PiS-u - partii, która nie jest najmocniejsza w sprawach gospodarczych, nic w powyższych kwestiach nie robi.
Premier Kaczyński mógłby jednak w prosty sposób częściowo odkupić swój grzech gospodarczego zaniechania. Sposobem powinna stać się deklaracja szybkiego wejścia Polski do strefy euro. Niestety, także w tej materii rząd wybrał drogę odkładania potrzebnych decyzji na nieokreśloną przyszłość.
Tymczasem nie wydaje się, aby istniały istotne racjonalne przesłanki do opóźniania wprowadzenia w Polsce wspólnej europejskiej waluty. Wszak jest to już tylko dopełnienie procesu, który zapoczątkowany został 1 maja 2004 roku. Dzisiaj chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, że przystępując do Unii Europejskiej dokonaliśmy słusznego wyboru. W Unii jesteśmy nieco ponad dwa lata, a pozytywne efekty naszego członkostwa już są widoczne. Lepiej nawet nie myśleć, co by było, gdyby Polacy posłuchali polityków namawiających do głosowania w referendum na "nie".
Niedawno z ust prezydenta (nadal nie ma doradcy ekonomicznego) padła deklaracja zorganizowania referendum na temat wprowadzenia w Polsce euro. Pytam: po co? Przecież w traktacie akcesyjnym zobowiązaliśmy się do przyjęcia europejskiej waluty! Czy za mało mamy w kraju walki politycznej? Czy za mało kłótni i sporów na najwyższych szczeblach władzy? Czy za mało jeszcze wysłuchaliśmy kłamliwych argumentów przeciwników integracji przy okazji poprzedniego referendum? Czy musimy po raz kolejny narażać przedsiębiorców i inwestorów na niepewność i tworzyć kolejną barierę dla rozwoju naszej gospodarki? Nie musimy. Wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem - przeanalizować wszystkie "za" i "przeciw", przyjrzeć się doświadczeniom krajów, które wprowadziły wspólną walutę, zobaczyć, jakie plany względem euro mają inne państwa naszego regionu. Mam nadzieję (pewnie złudną), że po takiej rzeczowej analizie zamiast fundować sobie dodatkowe igrzyska w postaci referendum, podejmiemy jedyną słuszną decyzję.