Gdy mowa o zagrożeniach dla banków spółdzielczych najczęściej przywoływane są SKOK-i. Do banków podobne są nie tylko w tym, że jedne i drugie to spółdzielnie. Łączy je również to, że ich tradycyjni klienci to osoby mieszkające na wsi albo w małych miasteczkach - tam, gdzie duże banki komercyjne rzadko zaglądają.

Okazuje się jednak, że dla dużej grupy banków spółdzielczych zagrożeniem są nie inne instytucje finansowe, ale... wewnętrzne regulacje. Do końca przyszłego roku kapitały każdego BS-u powinny stanowić równowartość miliona euro (taki poziom obowiązuje w Unii Europejskiej). Tymczasem co czwarty bank takimi kapitałami w tej chwili nie dysponuje (czytaj str. 5).

Oczywiście, są sposoby na powiększenie funduszy. Najprostszy to wypracowanie zysku i pozostawienie go w banku. Inny - niemal tak samo dobry - poszukanie nowych udziałowców, np. wśród rolników, którzy po wejściu Polski do UE generalnie radzą sobie lepiej .

Wiele banków będzie jednak skazanych na szukanie pomocy w swoich zrzeszeniach. Całkiem spora (jak duża - w tej chwili nie można powiedzieć) grupa stanie przed ostatecznością i będzie musiała "oddać się" innym bankom. Można uznać za normalne, że najsłabsi muszą wypaść z rynku. Jednak nie tylko ci najsłabsi pamiętają, że czas na dojście do ostatniego progu kapitałowego dla banków spółdzielczych, który został uzgodniony z Unią, mógł być dłuższy. Mógł, ale rząd (ostateczne warunki przystąpienia do UE uzgodnił gabinet Leszka Millera) zamiast 2010 r. wybrał o trzy lata wcześniejszą datę.