Ekonomiści nie pamiętają już, kiedy deficyt budżetowy po wrześniu nie przekraczał połowy planu. Na pierwszy rzut oka jest się z czego cieszyć - państwo przecież mniej pożycza, lepiej zarządza powierzonymi mu środkami.
Rzeczywiście, jeszcze pod koniec sierpnia Ministerstwo Finansów poinformowało o ograniczeniu podaży papierów skarbowych o krótkim terminie zapadalności. Od wczoraj wiadomo dlaczego. Resort dysponuje już niemal 12 mld zł wolnych środków. Jednocześnie wydatki majątkowe, zaplanowane na 12,3 mld zł, "idą" niezwykle ślamazarnie. Ktoś powie, że jeszcze przyśpieszą. Istotnie, w wielu miejscach widać pośpiech inwestycyjny przed pierwszymi mrozami. Ale czy co roku musi być tak samo? Praca w takich warunkach do najprzyjemniejszych w końcu nie należy. Istnieje też obawa, że nowi urzędnicy (ci po wyborach samorządowych) nie poradzą sobie z marszu z przyśpieszonym trybem działania.
Analitycy dowodzą, że problemy z szacowaniem dochodów i wydatków państwa mają przeważnie rządy lewicowe. Nie dbają bowiem o stabilność cen i pompują pieniądze w tworzenie miejsc pracy. Podobnie - z pobudek populistycznych - czynią chwiejne koalicje. Statystyki Unii Europejskiej pokazują, że prawicowe i stabilne gabinety prezentowały bardziej realistyczne założenia co do finansów państwa.
W listopadzie polskie władze będą musiały wytłumaczyć w Brukseli, dlaczego jest znacznie lepiej, niż zaplanowaliśmy niespełna rok temu. Prawicowa retoryka w tym przypadku nie pomoże. Zamiast tego możemy się poskarżyć na zbyt upalne i leniwe lato.