No i znowu mamy koalicję. Ponownie Jarosław Kaczyński, Andrzej Lepper oraz Roman Giertych będą tworzyć zgrany i świetnie rozumiejący się zespół. Wyzwiska i niesnaski poszły w kąt, teraz będzie pięknie, spokojnie i przyjemnie. Jak nie będzie spokojnie, to cała koalicja rozleci się dokumentnie. Nie wiem, jaki cud mógłby się stać, żeby po kolejnej awanturze wywołanej przez znakomitego koalicjanta (dawniej warchoła) Andrzeja Leppera, ktoś z PiS ryzykował kolejny powrót do koalicji. A rozpad koalicji to koniec fruktów i dla Samoobrony, i dla LPR, a także utrata szansy na dalsze granie roli dziejowych wybawicieli dla panów z PiS.

Istnieje więc szansa lub ryzyko (nie wiem, które określenie tu bardziej pasuje), że tym razem spółka PiS, LPR i Samoobrony przetrwa dłużej.

Problem w tym, co będziemy mieć z tego przetrwania? Na razie gospodarka się kręci, budżet ma niezłe wpływy, a firmy radzą sobie całkiem dobrze. Ale firmom przydałoby się więcej swobody, Polakom mniejsze podatki, dzięki czemu gospodarka rozwijałaby się jeszcze szybciej i generowała więcej miejsc pracy. Innymi słowy - trzeba, aby nasi włodarze po prostu wzięli się do roboty.

Niestety, pierwsze wróżby są fatalne. Otóż do tej pory, mimo że nie mieliśmy koalicji, zwykle we wtorki były posiedzenia rządu. Teraz zaś mamy koalicję, ale wczorajsze obrady rządu zostały odwołane. Można więc odnieść wrażenie, że albo mamy koalicję, albo rząd. Panowie, zdecydujcie się - albo chcecie mieć większość, żeby coś zrobić, albo dlatego tylko, że lubicie być w większości. Jeśli lubicie być w większości, to lepiej opowiedzcie się za samorozwiązaniem Sejmu - wtedy dołączycie do większości Polaków.