Stopniowo przyzwyczajamy się do tego, że produkcja sprzedana przemysłu cały czas rośnie w tempie kilkunastu procent w skali roku. Jak wynika z opublikowanych wczoraj danych GUS, we wrześniu wzrost dochodził do 12 proc. Dzieje się tak w dużej mierze za sprawą dobrej koniunktury za granicą. Optymizm panujący w strefie euro przekłada się na popyt na wyroby krajowych firm.

Tak jest w tej chwili. Ekonomiści spodziewają się jednak, że w przyszłym roku tak dobrze nie będzie. Spowolnienie w Stanach Zjednoczonych przełoży się na pogorszenie sytuacji w Europie Zachodniej. To zaś odbije się na koniunkturze i u nas. Można się więc spodziewać, że tak wysoka dynamika produkcji, jaką mamy teraz, w dłuższej perspektywie jest nie do utrzymania. Ze wszystkimi konsekwencjami - na poziomie poszczególnych firm (choć z pewnością sytuacja będzie zróżnicowana) oznacza to nie tak spektakularny wzrost przychodów, a także mniejszą dynamikę zysków.

Nadzieja pozostaje w popycie krajowym. A szczególnie w inwestycjach. Widać sygnały, że unijne pieniądze zaczynają już działać. Drogi (nie tylko ze względu na zbliżające się wybory) są dziś rozkopane praktycznie w całej Polsce. Jeśli inwestycje w infrastrukturę zaczną się na dobre, to zapewnią dłuższy okres wysokiej dynamiki nakładów w skali całej gospodarki. Spokojni możemy być przynajmniej o ten i przyszły rok - analitycy dość zgodnie prognozują, że w tym czasie inwestycje będą rosnąć w tempie przekraczającym 10 proc. Takim - w jakim teraz zwiększa się produkcja.