No i mamy pierwsze poważne tarcie wewnątrz odnowionej koalicji. Wicepremier i minister edukacji Roman Giertych zarzucił wicepremier i minister finansów Zycie Gilowskiej, że chce zlikwidować becikowe, a zaoszczędzone w ten sposób 360 mln zł przeznaczyć na tworzony przez siebie Fundusz Alimentacyjny. Lider LPR poskarżył się nawet premierowi Kaczyńskiemu, że Zyta Gilowska stosuje szantaż: albo odstąpisz od becikowego, albo nie wypłacimy podwyżek dla nauczycieli. Szef rządu szybko pospieszył z zapewnieniami, że pieniędzy szczęśliwym rodzicom nikt nie zabierze, a nauczyciele także dostaną swoje.

Niezależnie od tego znowu mamy kłótnię o sumę, która stanowi "aż" 1,4 promila rocznych wydatków państwa. To mniej więcej tak, jakbym bił się z najbliższymi, czy mogę kupić tygodnik lub gazetę...

Taki jest efekt nieporozumienia. To nie Roman Giertych, ale samorządy decydują o podwyżkach dla kadry nauczycielskiej (do gmin trafia subwencja oświatowa). A planowany Fundusz Alimentacyjny, zamiast "urawniłowki" - 1000 zł za każdego noworodka - wypłacać miał pieniądze tylko najuboższym rodzinom. W budżecie jest już na ten cel 400 mln zł. Zyta Gilowska walczyła o więcej.

Trudno jednak wygrać batalię, gdy się nie tłumaczy, o co chodzi. W końcu Fundusz Alimentacyjny mieliśmy przecież już długo - od 1975 do 2004 r. (ZUS wypłacał z niego pieniądze opuszczonym matkom z dziećmi). Nic więc dziwnego, że Roman Giertych - w końcu mężczyzna i prawy ojciec - woli pozostać przy becikowym. Nie zaryzykuje przecież wydania funduszy wywalczonych przez LPR na "patologiczne" rodziny.