Wybierając kontrakt do spekulacji, warto jednak pamiętać o tym, że wysoka zmienność może być również przyczyną porażki inwestora. Szczególnie dotyczy to osób z mniej zasobnymi kapitałami. Dostosowanie instrumentu do wielkości portfela inwestora ma kapitalne znaczenie przy planowaniu strategii.
Na początku 2003 r., gdy indeks WIG20 znajdował się w okolicach 1200 pkt i od kilkunastu miesięcy na rynku niewiele się działo, dzienna zmienność kontraktów FW20 wynosiła dwadzieścia kilka punktów. Zdarzały się nawet sesje, gdy rozpiętość dziennych wahań nie przekraczała kilkunastu punktów.
Sytuacja ta frustrowała sporą część uczestników rynku. Day-traderzy nie mieli okazji do zarobku w ciągu dnia, inwestorom długo i średnioterminowym brakowało wyraźnego trendu. Maklerzy nie zarabiali na prowizjach.
Kontrakt na indeks WIG20 jest, jak na standardy światowe, kontraktem małym. Przy poziomach indeksu z 2003 r. (1200 pkt) było to zaledwie ok. 3000 euro. Dla porównania wartość mini S&P wynosiła ok. 40 000 USD, czyli była trzynastokrotnie wyższa, nie mówiąc już o kontrakcie na DAX, którego wartość wynosiła ponad 72 000 euro. Przeliczając stosunek średniej zmienności, liczonej jako wskaźnik ATR do prowizji okazywało się, że daytrader działający na WIG20 oddaje brokerowi ponad 10 proc. zmienności, podczas gdy grający na miniS&P zaledwie 4 proc. Tymczasem doświadczeni inwestorzy, tacy jak Murray Ruggiero Jr. (trader m.in. na rynku futures na S&P 500) uważają, że najlepsze systemy day-traderów są w stanie "złapać" jedynie 10-20 procent dziennego zasięgu cen.
W związku z tym, że warszawska giełda nie zdecydowała się na podniesienie wartości kontraktu na WIG20, najaktywniejsi i najbogatsi inwestorzy zdecydowali się zwiększyć swoje szanse zarobku, przenosząc się na giełdy światowe i rynek forex. Część z nich nie zdawała sobie jednak sprawy, że ich zasoby nie są wystarczające, aby uczestniczyć w globalnej spekulacji.