Reklama

Stan rzeczy jest bardzo krzepiący

Publikacja: 30.10.2006 09:37

Pani Premier, rozmawiała Pani ostatni raz z "Parkietem" pięć miesięcy temu. Wtedy głośno było o Pani propozycjach reform finansów publicznych i podatków.

Teraz premier Jarosław Kaczyński chce, aby pilnowała Pani nie tylko kasy państwa, ale nadzorowała też ministerstwa: Gospodarki, Skarbu Państwa, Transportu i Rozwoju Regionalnego. Co to oznacza dla Pani?

Zyta Gilowska: Uczciwa odpowiedź brzmi: intensywnie rozpoznaję sytuację. Nie dysponuję jeszcze instrumentarium, które pozwoliłoby mi wykonywać w imieniu premiera zadania w zakresie koordynacji pracy wymienionych resortów. Korzystam wobec tego z instrumentarium dostępnego, czyli odbywam liczne narady i ustalam listę priorytetów tych czterech ministerstw.

Jest Pani koordynatorem, nadzorcą, ekonomem - jaka to właściwie rola?

Sformułowanie w piśmie premiera mówi wyraźnie o koordynacji prac.

Reklama
Reklama

Czy czekają nas wobec tego jakieś poważne zmiany w administracji rządowej?

Taka zmiana nie jest potrzebna. Zwyczajowym instrumentem wykonywania tego typu zadań przez ostatnie kilkanaście lat był Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. A jego nie ma.

Jest za to tzw. Komitet Stały.

Nie jestem członkiem tego komitetu. Poza tym ma on inny status i zakres zadań.

Powiedziała Pani, że były już rozmowy z szefami resortów, które będą Pani podlegać. Jakie ustaliliście priorytety?

Decyzję premiera otrzymałam w ubiegły piątek, za wcześnie mówić o efektach rozmów. Jeśli chodzi o ministra rozwoju regionalnego, chodzi o zapewnienie układu instytucjonalnego dla sprawnego i skutecznego pozyskiwania środków Unii Europejskiej. Minister transportu ma zapewnić płynne wykorzystywanie tych środków na zadania w zakresie transportu - bądź co bądź kluczowe dla wszystkich ekip rządowych. Minister skarbu państwa buduje strategię sprawowania efektywniejszego nadzoru właścicielskiego, a także profiluje politykę prywatyzacyjną. Zadaniem ministra gospodarki jest wprowadzanie wszystkich programów, które w ramach polityki rozwoju państwa będą współfinansowane ze środków transferowanych z budżetu Unii Europejskiej. To są priorytety. Oczywiście, w gestii ministra gospodarki pozostaje także najbardziej chyba kluczowa dzisiaj sprawa w Polsce, nie licząc sprawnej polityki rozwoju, czyli bezpieczeństwo energetyczne.

Reklama
Reklama

Czy będzie Pani za przyspieszeniem prywatyzacji? W końcu to ministrowi finansów powinno zależeć na wykonaniu planów prywatyzacyjnych.

Prywatyzacja jest potrzebna i konieczna, dlatego dołożę starań, by stanowisko rządu w tej dziedzinie było klarowne i stabilne.

Kiedy zatem doczekamy się precyzyjnych informacji? Do tej pory resort skarbu celował w odsuwaniu prywatyzacji w czasie, mówiąc, że trzeba je rzetelnie przygotować, a jednocześnie posłuchać racji związków zawodowych. Ma Pani pomysł, jak uniknąć opóźnień?

Bez wątpienia antidotum nie jest unikanie konfliktów, ponieważ istotą procedur demokratycznych jest presja na osiąganie kompromisu między różnymi przeciwstawnymi, często sprzecznymi interesami i grupami interesów. Rząd powinien ustalić priorytety polityki prywatyzacyjnej do końca tego roku kalendarzowego.

A zatem w tym czasie zobaczymy listę firm do prywatyzacji i listę firm, które pozostaną państwowe?

Nie sądzę, żeby to była kwestia listy pokazywanej obywatelom. Jest to raczej kwestia ustaleń wewnątrz rządu. To jest najważniejsze. Rozmawiałam z ministrem skarbu jeszcze, gdy byłam w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, nie tylko w kontekście realności zaplanowanych w ustawie budżetowej na ten rok przychodów z prywatyzacji. Poczyniliśmy wówczas wiele ustaleń. Pora do nich wrócić i wypracować ich aktualną wersję. To jest minimum.

Reklama
Reklama

Jaki ma Pani realny wpływ na ministra Wojciecha Jasińskiego? Może przecież Pani usłyszeć, że zaplanowanych przychodów z prywatyzacji resort nie zrealizuje, ale za to więcej pozyska z dywidend.

Takie rozumowanie wcale mnie nie gorszy. Nie ma nic nagannego w fakcie, że właściciel maj Natomiast polityka w zakresie dywidend nie zastępuje polityki w zakresie przekształceń własnościowych. Ja zawsze wyrażałam pogląd, że właściciel prywatny jest z zasady sprawniejszy i bardziej racjonalny, skuteczniejszy, ponieważ jest wolny od nacisków politycznych. Ulega tylko racji prostoty wyboru - kieruje się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym. Jako ekonometryk z wykształcenia wiem, że działanie zgodnie z jednoskładnikowymi funkcjami celu jest bardziej racjonalne i przewidywalne.

Jednak jak Pani patrzy na giełdę...

Giełda ma się świetnie.

Otóż to. Wszyscy czekają na nowe debiuty, w tym spółek Skarbu Państwa...

Reklama
Reklama

Liczba debiutów jest przecież imponująca! Nie trzeba się oglądać na oferty publiczne spółek państwowych.

Ale te oferty są bardzo atrakcyjne, bo dość wiarygodne i zazwyczaj duże. Tyle, że będąc w Ministerstwie Finansów trudno stwierdzić, czy daną spółkę można prywatyzować, czy jeszcze nie. Jak zatem chce Pani kontrolować te procesy?

Istotnie, na ogół minister finansów przyjmuje do wiadomości zamiary ministra skarbu. Minister finansów może polemizować podczas prac rządu na temat optymalnej kombinacji przychodów z prywatyzacji i dochodów z dywidendy; innymi słowy - optymalnej kombinacji czerpania pożytków ze sprzedaży praw właścicielskich i zachowania tych praw. To się wielokrotnie zdarzało i będzie zdarzać. W zasadzie jest to stały punkt debaty między tymi ministrami. Ale ostateczne decyzje podejmuje minister skarbu. Nawiasem mówiąc, niesłychanie rzadko są to decyzje nieuzgodnione z Radą Ministrów.

Gdzie widzi więc Pani dla siebie miejsce? Przyjmuje Pani w dobrej wierze informacje od ministra skarbu i...?

Najczęściej tak. Przecież to minister skarbu ponosi odpowiedzialność największą i dysponuje wyspecjalizowanym aparatem urzędowo-analitycznym. Wobec tego zastanawiam się, w jaki sposób wykonywać upoważnienie, które otrzymałam od premiera. To jest problem możliwości skutecznego koordynowania prac.

Reklama
Reklama

Ma Pani odpowiadać przed społeczeństwem za gospodarkę, za przekształcenia własnościowe. Łatwo bez odpowiednich uprawnień zostać w tej sytuacji kozłem ofiarnym.

To rozumowanie jest logiczne...

Mieliśmy już jednego "superministra" w poprzedniej kadencji. Jerzemu Hausnerowi nie udało się jednak zreformować systemu emerytalnego. Pozostał autorem niezrealizowanego planu gospodarczego.

Odpowiedź może być tylko jedna: jestem świadoma ryzyka i nie podejmę się roli kozła ofiarnego.

Czy w zestawie, który Pani otrzymała do koordynacji, nie brakuje jakiegoś resortu - np. ministerstwa pracy?

Reklama
Reklama

Czyli być "megaministrem"? Z tego właśnie zawsze się śmiałam, mówiąc, że Polska nie jest Imperium Otomańskim i nie może mieć wezyra. Wicepremier ds. gospodarczych koordynuje kwestie gospodarcze.

Resort pracy odpowiada za szereg wydatków socjalnych. Jest też chyba lepszym miejscem na dyskusję o redukcji składek rentowych, który to pomysł Pani forsuje.

To nie jest kwestia resortu. To jest kwestia decyzji politycznych. W odniesieniu do wydatków socjalnych, a także bardzo poważnych posunięć, takich jak zmiany systemu podatkowego czy zmniejszanie klina, wymagane są decyzje polityczne. Tu nie chodzi o koordynowanie pracy ministrów. Przygotowania techniczne są akurat dość proste. Klin podatkowy można zmniejszyć, wprowadzając zmiany do ustawy, które zajmują jedną stronę. Natomiast trzeba przedtem uzgodnić, jak skompensować zmniejszone przychody z tego tytułu, a także przekonać do tego "kontrahentów". Mnie się zdawało, że już raz pracę tę wykonałam. Przecież obniżka klina została zaaprobowana przez rząd bez sprzeciwu na posiedzeniu Rady Ministrów 6 czerwca br.

Ale to przecież minister Anna Kalata stwierdziła, że Pani pomysł na redukcję klina podatkowego nie jest najszczęśliwszy.

Prezes ZUS Aleksandra Wiktorow alarmowała z kolei, że systemy informatyczne Zakładu nie są na to przygotowane. A pracodawcy narzekali, że obniżka składek nie będzie przez niDziś, kiedy wraca Pani do pomysłu z wiosny, będzie on recenzowany przez tych samych ludzi.

W sytuacji, kiedy proponuję zmiany korzystne dla absolutnie wszystkich, nie ma przesłanek do prowadzenia skomplikowanych uzgodnień. Przecież odpowiedzialność i tak spoczywa na rządzie. Natomiast brak wsparcia ze strony zainteresowanych, o którym zresztą przekonałam się dopiero, gdy odeszłam z rządu K. Marcinkiewicza, był dla mnie zdumiewający. Nawet pracodawcy powiedzieli: to takie małe, nas nie interesuje. Ja tego nie rozumiałam. Czy to jest logiczne? Proponowałam obniżkę składek o 4,65 punktu proc. podstawy wymiaru - a więc o prawie jedną szóstą. To sporo!

Niektórzy eksperci, także Bank Światowy, sugerują, że lekkie ulżenie wszystkim nie jest najskuteczniejsze. Lepiej w większym stopniu zmniejszać klin podatkowy osobom o najmniejszych dochodach.

Ale to oznacza komplikację systemu. Więc proszę mi nie mówić, że komplikacja i tak skomplikowanego systemu naliczania składek doprowadzi do odblokowania rynku pracy. To jest fałsz. Ktokolwiek forsuje działania cząstkowe, działa na rzecz tego, żeby ludzie poszukujący pracy wyjeżdżali za granicę.

Czyli jak rozumiem, wracamy do starej koncepcji redukcji klina.

Ten pomysł eksperci forsują od lat, wręcz mantrują. Po ostatniej porażce trochę przycichli, ale problem jest. I to kosztowny - ok. 12 mld zł.

Skąd więc pomysł, żeby składka chorobowa trafiała do Narodowego Funduszu Zdrowia, a nie jak teraz - do ZUS? Przeczytać możemy o tym w deklaracji koalicyjnej z października.

To jest wspólna inicjatywa ministrów zdrowia i finansów. Stwierdziliśmy, że racjonalizacja chaotycznego procesu udzielania zwolnień lekarskich ma powodzenie wtedy, kiedy lekarze wystawiający zwolnienia będą świadomi, że ich działanie obniża całą pulę wydatków na świadczenia zdrowotne. To nastąpi wówczas, kiedy składkę chorobową pobierać będzie nie ZUS, ale NFZ.

Zna pani opinię ZUS-u w tej sprawie?

?

Rada Nadzorcza ZUS obawia się, że chce Pani "wydrzeć" ZUS-owi dochodową część, jaką jest Fundusz Chorobowy. Jego nadwyżka sięga niemal 1,3 mld zł.

Ale ten fundusz nie jest samoistny, to jest część Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Jak więc można mówić o "wydarciu"? Przecież FUS jest instrumentem pomocniczym państwa. Więc nie "wydrzeć", bo to są środki publiczne, tylko przenieść. Zgodziłam się z ministrem zdrowia, że sensowne jest przeniesienie obowiązku pobierania tych środków i prawa do dysponowania nimi do Narodowego Funduszu Zdrowia. Tam powinny być zgrupowane pieniądze, jakie państwo przeznacza na przeciwdziałanie chorobom i finansowanie leczenia. Jest to propozycja.

Kiedy ta zmiana może wejść w życie?

Z początkiem 2008 r., podobnie jak przepisy zmniejszające klin podatkowy.

Rozmawiała już Pani o tym z prezes ZUS?

Jeszcze nie zdążyłam. Przez pięć tygodni od powrotu do rządu musiałam przecież dopiąć projekt ustawy budżetowej, przystąpić do aktualizacji programu konwergencji, wnieść obszerną zmianę ustawy o finansach publicznych, monitorować sejmowe prace nad rządowymi przedłożeniami podatkowymi - to przecież są moje przedłożenia - z czerwca br. Cały czas gonię uciekający czas.

Więc znowu może dojść do sytuacji, w której ZUS powie, że Pani pomysł nie jest wykonalny?

System informatyczny jest wtórny wobec systemu informacyjnego. W sytuacji, w której uzgodnienia rozpoczniemy z kilkunastomiesięcznym wyprzedzeniem, administrator systemu informatycznego ZUS nie może stwierdzać niezdolności do wprowadzenia jakiejkolwiek zmiany. To oznaczałoby, że zapłaciliśmy niebywale poważne pieniądze za produkt jednorazowego użytku.

Jaką mamy pewność, że w 2008 r. znajdą się pieniądze na obniżkę klina?

Prace nad budżetem na 2008 r. już się rozpoczęły. Wykonujemy kilkupłaszczyznowe projekcje makroekonomiczne dla lat 2007-2009. Istotnie, już teraz trzeba ocenić skalę swobody wyboru w projektowaniu ustawy budżetowej na 2008 r., ze względu na ze względu na wcale niełatwe w prognozowaniu przepływy finansowe związane z absorpcją środków unijnych, oraz ze względu na planowaną reformę podatków i składek ZUS. Obniżka klina ma kosztować ok. 12 mld zł. Poza tym starannie cyzelujemy ścieżki dojścia do wartości referencyjnych parametrów konwergencji finansowo-budżetowej.

Komisja Europejska będzie bardzo pilnie patrzyła na prace nad budżetem na 2008 r. Od kwietnia przyszłego roku możemy być przecież ukarani, bo deficyt sektora rządowego i samorządowego przekroczy 3 proc. PKB.

Nie sądzę. Nasza kondycja jest dobra, lepsza niż sądzą malkontenci.

Jak to? Niespełna przed miesiącem pokazywała Pani prognozy, że deficyt liczony według norm unijnych wyniesie 3,7 proc. PKB. Czy coś się przez ten czas zmieniło?

Tak, poprawiło się, ponieważ gospodarka jest w dobrym stanie.

Pamiętajmy, że Komisja Europejska wszczęła wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu na podstawie naszych prognoz z 2004 r. Wszystkie z nich okazały się nadmiernie pesymistyczne. Już w 2005 r. deficyt nieuwzględniający transferów do funduszy emerytalnych (a możemy ich nie uwzględniać do końca marca 2007 r.) był niższy niż 3 proc. PKB. Niedobór na ten rok planowaliśmy pierwotnie na 3,3 proc., obecnie prognozujemy 2,1 proc.

Niedawno Pani mówiła, że to będzie 2 proc. PKB.

Tak. Mój pogląd jest właśnie taki. Deficyt z OFE poza sektorem (tak będziemy liczyć od kwietnia 2007 r.) wyniesie więc 4 proc. PKB, niewykluczone nawet, że trochę mniej. Jeśli pozytywne tendencje przeniosą się na 2007 r., to wolno przypuszczać, że - licząc już zgodnie z metodologią unijną - możemy uplasować się w okolicach 3,5 proc. PKB. To zupełnie nowa jakość. Gdyby to było poniżej 3,5 proc., to znajdziemy się poza zasięgiem krytyki! Jest to bowiem wartość bliska wartości referencyjnej i wtedy mielibyśmy prawo przystąpić do odliczania procentowych części kosztów netto reformy emerytalnej. W efekcie może się okazać, że w 2007 r. będziemy poza procedurą nadmiernego deficytu.

Może Pani powiedzieć, ile procent będziemy mogli odliczyć? Z lektury uzgodnień unijnych nie do końca jest to jasne.

Nie ma powodów, dla których to odliczenie miałoby być niższe niż 60 proc. kosztów reformy, szacowanych na 1,9 proc. PKB. Dzięki temu schodzimy z deficytem poniżej 3 proc. PKB.

Jak posłowie usłyszą, że problemy z Unią Europejską związane z nadmiernym deficytem się skończą, dopiero sobie pofolgują...

I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego tak ostrożnie prognozujemy. Poczynając od 2005 r. kolejne rządy bardzo ostrożnie szacowały tempo wzrostu PKB, tempo wzrostu zatrudnienia i związany z tym deficyt, właśnie ze względu na specyficzne dla Polski - chociaż, powiedziałabym, klasyczne w dzisiejszej Europie - ryzyko, którego istnienia jesteśmy świadomi. Choć się nie zrealizowało, jednak musi być cały czas uwzględniane. Dlatego nie możemy zmienić naszego podejścia do prognoz. Nie mamy innych "amortyzatorów" ewentualnych napięć, jak tylko naszą własną ostrożność.

I druga sprawa - zbyt wysokie jest tempo narastania naszego długu publicznego. Co z tego, że do wartości referencyjnej dla parametru zadłużenia mamy jeszcze dystans w postaci dziesięciu punktów procentowych PKB, jeśli tempo przyrostu długu nadal przekracza tempo przyrostu PKB. Węgrzy pokonali taki dystans w dwa lata, a następnie podwoili go w kolejne dwa lata. Obecnie szacują przyszłoroczną relację długu do PKB na 70 proc.! W Polsce jest to nie do pomyślenia z powodu normy konstytucyjnej - 60 proc. Nie do pomyślenia.

Dziękuję za rozmowę

KLIN PODATKOWY to różnica między kosztami, jakie ponosi pracodawca, a pensją netto, jaką otrzymuje pracownik. OECD szacuje, że w Polsce na ZUS, NFZ i podatki firmy oddać muszą 43,6 proc. kwot przeznaczonych na wynagrodzenia.

KONWERGENCJA - Polska zobowiązała się w Brukseli, że zredukuje deficyt sektora rządowego i samorządowego do 3 proc. PKB. Niedobór ten powiększają dot

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama