Zapowiada się, że po raz kolejny resortowi skarbu nie uda się uzyskać zaplanowanych w budżecie wpływów z prywatyzacji. Niby nic dziwnego, w końcu w ciągu ostatnich lat tylko Jackowi Sosze się to udało. A jednak jest w tym coś, co mnie osobiście nie przestaje zadziwiać.
Bo wyobraźcie sobie Państwo sytuację, że któregoś dnia na posiedzenie rządu przychodzi Zyta Gilowska i mówi, że wprawdzie w budżecie potrzeby pożyczkowe państwa zostały określone na 50 mld zł, ale ona nie będzie sprzedawała obligacji po 5 proc., bo to za drogo. Jej zdaniem, nie ma sensu sprzedawać papierów przy oprocentowaniu wyższym niż 3,5 proc. Więc jak nie będzie takiej ceny, to resort finansów nie sprzeda nawet pół bonu i tyle. A że w budżecie zabraknie pieniędzy? No cóż - niech sobie radzą pozostałe resorty.
Taką samą politykę prowadzi Wojciech Jasiński, a także prowadzili jego poprzednicy. Nie miało znaczenia, że w budżecie jest parę pozycji finansowanych wpływami z prywatyzacji oraz że jak wół stoi tam kwota, będąca planowanymi przychodami z prywatyzacji. Na ten temat nie zająknął się też żaden premier. Widać, nie każda ustawa jest warta wykonywania.