W prywatyzacji po polsku jest coś perwersyjnego. Z jednej strony, lekką ręką rozdaje się miliardy złotych pracownikom na przykład firm energetycznych, z drugiej zaś - nie ma pieniędzy - które miały pochodzić właśnie z prywatyzacji - na finansowanie reformy emerytalnej. Wszyscy drżą, co będzie za parę lat, kiedy stabilność systemu wypłat świadczeń dla kończących pracę miał gwarantować Fundusz Rezerwy Demograficznej. Ale zamiast funduszu mamy fundusik, i nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić.
Zdaję sobie sprawę, że wykreślenie zapisu o rozdawnictwie akcji dla pracowników jest niemożliwe. Bo mielibyśmy do czynienia z oporem pracowników, którzy teraz na sprzedaż firmy godzą się z trudnością, i to pod warunkiem, że dostaną poza akcjami dodatkowe bonusy. Poza tym - trudno racjonalnie wyjaśnić, dlaczego zatrudnieni w firmie sprywatyzowanej w roku 2006 cieszyliby się takimi przywilejami, a w 2008 roku na przykład - już nie (inna sprawa, że podobnych dylematów nie ma nikt przy podatkach).
Nadal jednak jest możliwość użycia akcji prywatyzowanych firm do podreperowania stanu ubezpieczeń społecznych, mimo że na wpływy do kasy państwa nie ma co liczyć. Proponuję, aby każdemu obdarowanemu akcjami podsunąć dokument, że przyjęcie walorów oznacza zrzeczenie się praw do emerytury finansowanej przez państwo. Obdarowani na tym nie ucierpią, bo rozdawane kwoty są na tyle duże, że wystarczy je zainwestować, by na emeryturze mieć z czego żyć. Państwo na tym zyska, bo będzie mniej dopłacać do ZUS-u. Zyskają także podatnicy, bo dzięki temu będzie można obniżyć składkę na ZUS.