Podobno nie zna życia, kto nie służył w marynarce. Można nieco strawestować to zdanie i stwierdzić, że o życiu przedsiębiorcy nie wie ten, kto nigdy nie prowadził własnej firmy. I tu, proszę Państwa, zaczyna się pewien, mało widoczny - ale całkiem spory -problem.
Jakiś czas temu zadałem sobie bowiem trud policzenia, ilu spośród posłów obecnej koalicji rządzącej w rubryce zawód wpisało "przedsiębiorca". O ile dobrze pamiętam, takich osób było naprawdę jak na lekarstwo. Oczywiście, wyniki takiego liczenia mogą być z gruntu mylne, gdyż część posłów w rubryce "zawód" wpisywała enigmatycznie "poseł", "działacz społeczny" czy też na przykład podawała swój zawód wyuczony. A żadna z tych odpowiedzi nie wyklucza prowadzenia działalności gospodarczej. Nie można też wykluczyć, że w przeszłości któryś z posłów trudnił się jednak jakąś formą przedsiębiorczości. Ale tego również nie mogłem zweryfikować. Załóżmy więc, że żaden z sejmowych przedsiębiorców nie ukrywa swej (byłej lub obecnej) przynależności do tej właśnie grupy zawodowej. W takim przypadku, biorąc powyższe dane za dobrą monetę, można łatwo zauważyć, że mamy parlamentarną większość zdominowaną przez urzędników, nauczycieli, lekarzy, prawników i rolników. Innymi słowy, zaplecze parlamentarne obecnie rządzących partii w przytłaczającej części stanowią osoby pracujące na etacie (czyli jak mówią Japończycy: salarymani). Nie czynię z tego powodu nikomu zarzutu, w końcu sam jestem salarymanem. Niemniej jednak trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że w sytuacji gdy w zbiorze wyznaczającym większość parlamentarną przedsiębiorcy występują rzadko niby rajskie ptaki, zrozumienie potrzeb tej właśnie grupy może być (delikatnie rzecz ujmując) niewystarczające.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że po to są choćby organizacje przedsiębiorców, aby przekonywać klasę polityczną do probiznesowych rozwiązań. Zgoda. Ale taka dyskusja może okazać się trudnym przedsięwzięciem, gdy po drugiej stronie stołu siedzą osoby, którym obce są biznesowe meandry oraz - w ekstremalnych przypadkach - dla których stwierdzenie, że "im mniej państwa w gospodarce, tym lepiej" ociera się wręcz o herezję.
Herezję? Wbrew pozorom słowo to całkiem dobrze tu pasuje. Wystarczy trochę porozmawiać z przedsiębiorcami, aby odnieść dziwne wrażenie, że relacje między biznesem a władzą zawierają spore "inkwizycyjne" paralele. Przynajmniej w tym względzie, że ostatnio władza w robieniu biznesu za bardzo nie pomaga. Za to nierzadko rozpala stosy.
I pewnie sytuacja ta prędko się nie zmieni, bo jak wytłumaczyć salarymanom, że gospodarce dużo bardziej niż Święte Oficjum potrzebna jest REFORMAcja?