Pamiętacie? "Stary niedźwiedź mocno śpi...". Najpierw śpiewaliśmy tak w przedszkolu. Potem nadawaliśmy aluzyjny podtekst dziecięcej piosence, zaklinając ówczesnego wschodniego sąsiada, by nie wstał i by jeszcze mocniej nie dobrał się siłą do naszego miodu. O aluzje nie było trudno - wszak wystarczy przypomnieć sobie tylko twarz Naszego Największego Przyjaciela - Leonida Breżniewa. Niby nie ma już ani Breżniewa, ani ZSRR, a niedźwiedź jak szczerzył zębiska, tak szczerzy. Dożywiony przez tresera rodem z KGB, coraz częściej groźnie ryczy. Z różnych powodów. I nie dość, że ryczy, to jeszcze naprawdę działa. A to łapę na jakiejś rurze położy. A to kurek przykręci. I tak to się jakoś plecie, że nawet jak sam czegoś nie przygniecie, to tam, gdzie trzeba, a to się rura popsuje, a to pożar wybuchnie, a to wielka instalacja technologiczna zawali...
Patrząc na zachowania ruskiego misia i na lodowaty wzrok jego tresera nie można mieć wątpliwości, że jeśli przyjdzie co do czego, to nie tyle może pochodu tysięcy czołgów ze Wschodu trzeba się obawiać, co zimna i pustych baków. Bo zakręcenie kurka przez niedźwiedzia rozłożyłoby orła na łopatki. Bo zapasy są ograniczone, a dostawy ropy statkami, koleją i cysternami kosztowałyby zbyt wiele. Gadanie o osławionej "dywersyfikacji" miało na razie tylko tę wymierną zaletę, że naród może osłuchał się z tym terminem, nomen omen niezbędnym także w zupełnie innej branży - w inwestycjach. Bo dla faktycznego bezpieczeństwa energetycznego Polski cała ta typowo polska kłótnia nie przyniosła żadnych wymiernych korzyści. Slogany o budowie gazoportu czy zwiększeniu możliwości przeładunkowych naszych portów pod kątem ropy sloganami pozostają. Jasne, że Polska musi mieć możliwość transportu i odbioru ropy czy gazu drogą morską. Ba, tyle że koszty i skala koniecznych inwestycji zapewne przekraczają znacznie wyobrażenia decydentów. Ot, choćby dlatego, że w specjalistycznym magazynie wojskowym znalazłem przytomną konstatację, że potrzebne byłyby np. okręty do eskorty owych hipotetycznych masowych transportów surowców. W sytuacji skrajnej - całkowitego zahamowania dostaw z rosyjskich rur - taka eskorta nie byłaby wcale żadnym luksusem...
Tymczasem Polska od lat nie może się wygrzebać z budową jednej biednej korwety ("Gawron"), a zmiany w Marynarce Wojennej - poza nielicznymi wyjątkami - polegają na spisywaniu na złom kolejnych archaicznych jednostek... Inna sprawa, że owa eskorta byłaby wskazana także ze względu na zagrożenie terrorystyczne - wszak masowy ruch tankowców i gazowców po Bałtyku byłby okazją do szantażowania Polski atakiem i - w konsekwencji - katastrofą, nie tylko przecież ekologiczną.
Paradoksalnie, jest i dobra strona problemu z ropą i gazem. Mówiąc o dywersyfikacji źródeł energii - nie powinniśmy dopuścić do ponownego monopolu - tym razem technologicznego. Nie możemy nastawiać się tylko i wyłącznie na gaz i ropę. Tu także potrzeba dywersyfikacji, która zresztą mogłaby być impulsem do faktycznego, a nie "papierowego", rozwoju nowych nisz w naszej gospodarce. O czym myślę?
Po pierwsze - o energii atomowej. Czarnobyl sprawił, że pojęcie "elektrownia atomowa" kojarzy się zapewne wielu Polakom ze stacjonarną, wiecznie tykająca bombą nuklearną. Dlatego sporo pracy będzie wymagać zarówno zapewnienie możliwie jak największego bezpieczeństwa takiej instalacji, jak i wytłumaczenie, dlaczego nie trzeba się jej panicznie bać. Tu ponownie, tak jak w przypadku masowego transportu morskiego, kłania się również kwestia fizycznej, wojskowej ochrony takiej (takich?) elektrowni.