Mówiąc na początku roku, że Ameryka Łacińska daje szanse na zwyżki znacznie większe niż jakikolwiek inny rynek akcji, William Landers, zarządzający latynoamerykańskimi akcjami w funduszach Merill Lynch Investment Managers (teraz BlackRock), nie pomylił się. Inwestorzy z parkietu w peruwiańskiej Limie zarobili od stycznia średnio 130 proc. - to najlepszy wynik wśród wszystkich giełd na świecie. Wenezuela, z ponad 100-proc. stopą zwrotu, jest trzecia. Nawet mimo że na minusie są rynki na Jamajce, w Trynidadzie i Tobago oraz Portoryko, indeksy obejmujące cały region latynoski wzrosły znacznie bardziej niż np. wskaźniki europejskie.
Od początku hossy, czyli od 2002 r., indeks brazylijskiej giełdy Bovespa wzrósł w ujęciu dolarowym aż ośmiokrotnie. W tym samym czasie wskaźniki trzech innych spośród czterech największych rynków wschodzących: Chin, Indii i Rosji (razem z Brazylią klasyfikowanych w jednej grupie i określanych jako BRIC), zwiększyły swoją wartość w dolarach tylko cztero-, pięciokrotnie.
Meksyk zwalnia...
Boom na latynoskich giełdach nakręcany jest w dużej mierze przez szybki rozwój Stanów Zjednoczonych, najważniejszego partnera handlowego tego obszaru, a także przez niesamowity popyt na surowce, w które tamtejsze kraje są bogate. Jednak w sytuacji, gdy amerykańska gospodarka dostała zadyszki, a ceny ropy naftowej, miedzi i innych surowców przestały piąć się w górę, dalsza hossa wcale nie jest pewna.
Spośród trzech największych latynoskich gospodarek - Brazylii, Meksyku i Argentyny - najwięcej, 37 proc., zyskały w tym roku akcje meksykańskie. I przede wszystkim w tym wypadku prognozy są słabe.