Wczorajsza sesja na głównych europejskich parkietach była specyficzna. Święto w Japonii i USA spowodowało zmniejszenie aktywności rynku. Jednak nie zmienności. W przypadku FT-SE 100 czy CAC-40 zmienność nie odbiegała od średniej. Nieco spokojniej było na frankfurckim parkiecie. I tu był pewien paradoks. To bowiem na niemieckim DAX-ie było potencjalnie największe prawdopodobieństwo silniejszych wahań w czwartek. Wiązało się to z wczorajszą publikacją indeksu klimatu gospodarczego monachijskiego instytutu Ifo.

Ten obrazujący nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców indeks w listopadzie niespodziewanie wzrósł do 106,8 pkt z 105,3 w październiku. Tym samym wyrównał 15-letni rekord z czerwca br.

Publikacja Ifo tylko na chwilę podniosła wartość DAX. Później już trwało bardzo powolne opadanie, które jednak w żaden sposób nie wpłynęło na pogorszenie sytuacji technicznej. Trzeba dodać - bardzo dobrej sytuacji. Niemiecki indeks bowiem od czterech miesięcy znajduje się w silnym trendzie wzrostowym, który jest składową ponadtrzyletniej hossy. Zaprowadziła ona DAX do poziomów ostatnio notowanych w lutym 2002 roku. Tym samym odrobił on już 70 proc. strat z czasów bessy w latach 2000-2003.

Gdyby kierować się wyłącznie analizą techniczną, to na razie nie ma żadnych poważnych sygnałów sugerujących nie tylko odwrócenie trendu wzrostowego, ale nawet i głębszą korektę. Pojawiają się natomiast pierwsze ostrzeżenia w postaci negatywnych dywergencji wskaźników z wykresem.

Przyjmując, że omawiane ostrzeżenia okażą się trafione, o czym w praktyce zdecyduje zachowanie Wall Street, to ewentualna korekta nie powinna sprowadzić DAX poniżej majowego szczytu (6140,72 pkt). Na większe spadki, które z uwagi na duże prawdopodobieństwo spowolnienia światowej gospodarki powinny wystąpić, przyjdzie czas chyba dopiero po Nowym Roku. Teraz bowiem, przy tak dobrych nastrojach, jedynie krach amerykańskich indeksów, mógłby zapewnić większą zniżkę przed końcem roku.