Kończy się drugi tydzień strajku listonoszy, do których dołączyli pozostali pracownicy Poczty Polskiej. Mimo trwających od ubiegłego tygodnia negocjacji (niedzielne rozmowy nie przyniosły rezultatu; wczoraj negocjacje zostały przerwane późnym popołudniem i mają zostać wznowione dziś) nadal nie udało się ustalić kluczowej kwestii - wielkości podwyżek. W niedzielę kierownictwo PP zaproponowało wzrost płac o 120-200 zł w zależności od regionu. Wzrost wynagrodzeń kosztowałby wówczas przedsiębiorstwo łącznie 150 mln zł w skali roku. Protestujący odrzucili jednak tę propozycję.
Na strajku listonoszy zyskują konkurencyjne przedsiębiorstwa. Wczoraj InPost, który zaledwie dwa tygodnie temu rozpoczął działalność, poinformował, że przyspiesza rozbudowę własnej sieci placówek oraz zwiększa zatrudnienie.
Tymczasem żądania płacowe wysuwają inne grupy zawodowe: lekarze oraz nauczyciele.
Jak mówi Magdalena Kaszulanis, rzecznik Związku Nauczycielstwa Polskiego, nauczyciele zdecydują na początku grudnia o terminie przeprowadzenia akcji protestacyjnej. Wyjaśnia, że chcą w ten sposób zaprotestować przeciwko polityce oświatowej rządu. Jednak chodzi także o podwyżki. W przyszłym roku ich płace nie wzrosną, choć rząd obiecał im 7-proc. podwyżki. - Jeśli rząd nie dotrzyma słowa, nauczyciele wyjdą na ulice - zapowiada M. Kaszulanis.
Natomiast lekarze chcą od maja 2007 roku zarabiać co najmniej 5 tys. zł brutto miesięcznie. Jeśli rząd nie spełni ich postulatów, też grożą strajkiem.