Wczoraj, po poniedziałkowym zimnym prysznicu, kiedy indeksy poniosły poważne straty, inwestorzy grający na giełdach amerykańskich analizowali skutki dalszego słabnięcia dolara, dużego spadku zamówień na dobra trwałe, gorszych nastrojów konsumentów i poprawy sytuacji na rynku wtórnym nieruchomości. W godzinę po otwarciu sesji główne indeksy były na plusie, gdyż wraz z drożejącą ropą na popularności zyskały spółki paliwowe. Dzięki temu udało się wówczas zniwelować wcześniejszą przewagę negatywnych czynników. Europa w tym czasie miała niskie loty. Gracze obawiali się, że napływające na rynek informacje są zwiastunem spadku aktywności w gospodarce światowej. Umacniał ich w tym przekonaniu raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która prognozuje, że w przyszłym roku wzrost PKB w USA, głównej gospodarce świata, zwolni do 2,4 proc. z 3,3 proc. w 2006 r. Podobnie jak w poniedziałek słabnący dolar zniechęcał do kupowania akcji firm zaangażowanych na rynku amerykańskim, gdyż grozi im pogorszenie wyników po przeliczeniu wpływów w walucie amerykańskiej na euro. Nadal chudły portfele posiadaczy akcji koncernu DaimlerChrysler i Nokii. Hiszpańskiej Iberdroli zaszkodziła informacja, że za 22,5 miliarda dolarów kupuje brytyjską spółkę energetyczną Scottish Powers. Na kilku spółkach można było jednak sporo zarobić. Kurs akcji EMI, trzeciej wytwórni fonograficznej na świecie, skoczył aż 11 proc. Jej menedżerowie prowadzą rozmowy o sprzedaży tej firmy. Region Azji i Pacyfiku stracił łącznie 0,8 proc., bo o tyle obniżyła się wartość indeksu Morgana Stanleya. Japońskie ministerstwo handlu poinformowało wczoraj, że w październiku spadły przychody sprzedawców detalicznych. Podkopało to wiarę graczy w prognozę banku centralnego, który spodziewa się wzrostu wydatków konsumenckich. Rynki regionu w dół ciągnęły nie tylko spółki zależne od popytu w USA, ale także światowy potentat surowcowy BHP Billiton, którego atrakcyjność zmniejszyły taniejące metale.