Ceny ropy naftowej znów przekroczyły poziom 62 dolarów za baryłkę, co ostatni raz miało miejsce ponad miesiąc temu. Na wzrost notowań największy wpływ ma obniżenie się temperatur w Stanach Zjednoczonych, które doprowadziło do większego zużycia paliw grzewczych. Natychmiast znalazło to odbicie w poziomie zapasów. Jak podał wczoraj amerykański Departament Energii, zapasy oleju opałowego w tamtejszych magazynach spadły w minionym tygodniu o równowartość 1,06 mln baryłek, do 59,1 mln baryłek. Znalazły się na poziomie najniższym od sierpnia. Dane zaskoczyły rynek. Wczoraj za ropę Brent w Londynie płacono po 62,38 USD, czyli o ponad dolara więcej niż we wtorek. Choć w ciągu tygodnia surowiec podrożał o 3 USD, notowania ciągle jednak nie wykroczyły poza przedział, w którym poruszają się od początku października. Według meteorologów z AccuWeather, w najbliższym czasie pogoda w północno-wschodnich stanach USA, gdzie potrzeby grzewcze są największe, jeszcze się pogorszy, co może doprowadzić do wzrostu popytu na ropę i jej pochodne. Na rynku ropy może panować większa nerwowość także w związku ze zbliżającym się szczytem OPEC. Kartel producentów surowca wyznaczył spotkanie swoich przedstawicieli na 14 grudnia w Abudży, stolicy Nigerii. Mają oni ocenić, jak zadziałały redukcje w wydobyciu ropy, wprowadzone z początkiem listopada - miały zatrzymać spadek cen surowca - i zdecydować o ewentualnym dalszym ograniczaniu podaży. Na wzrost notowań ropy wpływa także słaby dolar, dzięki któremu surowiec jest tańszy dla inwestorów rozliczających się w innych walutach.