Jest to zastanawiające, gdyż inwestorzy obawiają się przede wszystkim ochłodzenia koniunktury za oceanem, a nie na Starym Kontynencie
To właśnie przekonanie inwestorów o gorszych czasach dla amerykańskiej gospodarki było katalizatorem ostatniej wyprzedaży dolara. I raczej przez pryzmat tego zdarzenia oceniano atrakcyjność poszczególnych rynków. W przypadku amerykańskich spółek w osłabieniu waluty upatrywano szansy na dodatkowe zyski, odnośnie do europejskich widziano w tym groźbę dla gospodarki i przedsiębiorstw. Jednocześnie w schemat reakcji przez pryzmat notowań dolara nie wpisywał się rynek towarów. Indeks CRB od październikowego dołka zyskał praktycznie tylko tyle, ile spadł dolar. Zwracała uwagę słabość cen miedzi, których tracąca amerykańska waluta nie ochroniła przed zniżką.
Rynek obligacji
dawał wsparcie
èródeł dysproporcji w zachowaniu giełd na Starym Kontynencie i Ameryce trzeba szukać więc gdzie indziej. Dobrym tropem wydają się kwestie związane z polityką pieniężną. Podczas gdy w strefie euro mieliśmy w tym tygodniu kolejną podwyżkę stóp procentowych (prawdopodobnie nie ostatnią), to w Stanach Zjednoczonych o zwiększeniu kosztów pieniądza zupełnie przestało się mówić. Przeważają oczekiwania na cięcie stóp. Z napływających danych wynika jednak, że ma je raczej umożliwić osłabienie koniunktury gospodarczej niż spadek inflacji. Jej bazowe miary, czyli pomijające zmiany cen żywności i paliw, w dalszym ciągu utrzymują się na wysokich poziomach, znacznie przekraczających akceptowany przez władze monetarne poziom 2 proc.