Reklama

Dobra promocja, ale czy w dobrym czasie?

Łatwo zachęcić kibiców do wejścia na stadion, ale trudno ich powstrzymać, kiedy chcą go opuścić wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa i rozsądkowi

Publikacja: 14.12.2006 07:50

Pisałem w tym miejscu jakieś trzy lata temu, że promocja giełdy niedomaga. Ba, podsuwałem pomysły, jak to zmienić. Twierdziłem, że w czasach małyszomanii nic by tak dobrze giełdzie nie zrobiło, jak np. reklama z Małyszem. Skakał na pocztę, mógł też skoczyć na parkiet, prawda? A wtedy skakał daleko. Nie musiał to być zresztą Małysz. Mógł być ktoś inny powszechnie znany i może jeszcze bardziej działający na wyobraźnię tłumów (wspominałem o Angelinie Jolie, ale w naszych warunkach mogła to być i Doda).

Popatrzcie mili Państwo, jak by na tym Małysz, czy też ktoś jemu podobny, wyszedł. Co czekało go na poczcie? Kolejki, ścisk, słowne przepychanki, a ostatnio nawet zamknięte okienka. Nic dobrego - utruda i nuda. Na giełdzie - elegancja, wysoki połysk, wysokie loty. No i do tego - jak pomnożyłby jeszcze kapitał przez te trzy lata!

Podsuwałem ten pomysł z właściwą mi nieśmiałością, zmęczony marazmem, w jakim tkwił nasz rynek. Może zresztą nie był to już marazm, może nawet notowania rosły, a niektórzy przebąkiwali nieśmiało o hossie, ale jakieś to wszystko było jeszcze niepewne, niemrawe i skromne. Spółki dopiero rozpoczynały marsz na giełdę, wymęczeni inwestorzy zabierali się do kupowania akcji wybranych firm, a każdy w pamięci miał jeszcze lata smutku i inwestorskiej niedoli. Jakże ja wtedy chciałem, żeby na dobre powiało optymizmem, żeby zaczęło się dziać coś dobrego. Żeby giełda wyszła z jakiejś zapyziałej niszy. I rozepchała się trochę w świadomości ciułaczy i przedsiębiorców.

Przeglądam ostatnio prasę i cóż widzę. Mój pomysł, przepraszam - pewnie już nie mój, bo kto by tam o moim pamiętał - wszedł w życie. Nie, nie z Małyszem ani z Angeliną Jolie czy nawet z Dodą, ale z Radosławem Matusiakiem. Niech będzie. Ja jeszcze niedawno nie wiedziałem, kto to jest. Ale już wiem. Ba, wiedzą miliony. Miliony też pewnie słyszały, jak po meczu z Belgią, odpowiadając na pytanie dziennikarza, mówił, że rzeczywiście gra na boisku idzie mu coraz lepiej, wręcz całkiem dobrze - podobnie jak gra na giełdzie. I teraz Matusiak giełdę reklamuje. A ściślej - giełdowe inwestycje. Jestem zadowolony? Pewnie, że jestem. Przecież o to mi chodziło. Sęk w tym jednak, że mam ochotę pomarudzić. Po to przecież jestem.

Bo to jest tak - jeśliby zaczepić kogoś na ulicy i zapytać, czy słyszał o giełdowej hossie, sondaż wypadnie nadzwyczaj pomyślnie dla naszego rynku, tego jestem pewien. Niemal tak pomyślnie, a może i bardziej, jak wypadłby w 1994 roku. Gdyby zadać też podchwytliwe pytanie, czy ktoś wie, że indeksy giełdowe systematycznie biją rekordy - efekt byłby pewnie podobny. A spółki? Maszerują od trzech lat bardzo żwawo na parkiet, a ich akcje idą jak cie- płe bułeczki. Więc skąd to moje marudzenie? Właśnie stąd.

Reklama
Reklama

Czasy po prostu się zmieniły. Kilka lat temu trzeba było zachęcać ludzi do śmielszych inwestycji, do rynku kapitałowego w ogóle, a spółki - do szukania pieniędzy na giełdzie. A teraz to jest mechanizm, który i bez dolewania oliwy kręci się w zawrotnym tempie. Aż zawrotów głowy dostać czasem można. Pewnie, że może się kręcić jeszcze szybciej. Pewnie, że można sobie wyobrazić miliony inwestorów i tysiące spółek. Ja bym je bardzo chciał zobaczyć, słowo daję. Ale ja marudzę, bo się trochę boję. Troszeczkę. Jak taki kibic jeden z drugim usłyszy, że Matusiak inwestuje pieniądze na giełdzie (a któż nie chce naśladować idola), jak się zacznie pospolite ruszenie na akcje, jak powstaną fan kluby poszczególnych firm giełdowych, to tego po prostu najlepsze systemy transakcyjne domów maklerskich nie wytrzymają. A Warset trzeba będzie w pośpiechu, za przeproszeniem, apdejtować.

Ale nawet nie to jest najgorsze. Marudzę, bo choć jestem niepoprawnym optymistą i wierzę, że doskonała koniunktura może trwać latami, to wiem, że nawet najsilniejsza hossa musi czasem sobie odpocząć. I niech no taka grupa rozgorączkowanych kibiców zapłaci za bilety na giełdowy mecz, a zaraz potem trafi na przerwę. No, ja bym nie chciał być wtedy na KsiążęcejA przerwę przecież prędzej czy później ktoś musi odgwizdać.

Mnie się nowy sposób promocji giełdy podoba. Jakże mogłoby być inaczej. Sam go wymyśliłem, to znaczy - zanim wymyślił go ktoś inny - ale ja sobie lubię pomarudzić. No bo się po prostu troszkę boję. Łatwo zachęcić kibiców do wejścia na stadion, ale trudno ich powstrzymać, kiedy chcą go opuścić wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa i rozsądkowi. Teraz mecz trwa w najlepsze, a wynik jest znakomity. Niewiarygodny prawie. Lepszy niż w starciu Polski z Portugalią. Problem w tym, że nikt nie może zagwarantować, że tak będzie nadal. Nie jestem pewien, czy kibice to wiedzą. Nie wiem, czy znają reguły gry. I dlatego marudzę. Bo promocja to jedno, a edukacja - to drugie, ważniejsze jeszcze. Zwłaszcza kiedy promocja jest tak odważna, a moment tak szczególny.

No i prawdę mówiąc, poza wszystkim, może choćby ze względu na ten szczególny moment Angelina czy przynajmniej Doda byłyby jednak lepszym rozwiązaniem. Bezpieczniejszym. W najgorszym razie fani mogliby mieć pretensje tylko do siebie. Bo cóż mogliby powiedzieć, że Doda ich namówiła, wykorzystała i porzuciła? Toż to samo życie - giełdowe czasem także. A ja się boję i marudzę, bo nie sądzę, by wszyscy już o tym wiedzieli.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama