Pisałem w tym miejscu jakieś trzy lata temu, że promocja giełdy niedomaga. Ba, podsuwałem pomysły, jak to zmienić. Twierdziłem, że w czasach małyszomanii nic by tak dobrze giełdzie nie zrobiło, jak np. reklama z Małyszem. Skakał na pocztę, mógł też skoczyć na parkiet, prawda? A wtedy skakał daleko. Nie musiał to być zresztą Małysz. Mógł być ktoś inny powszechnie znany i może jeszcze bardziej działający na wyobraźnię tłumów (wspominałem o Angelinie Jolie, ale w naszych warunkach mogła to być i Doda).
Popatrzcie mili Państwo, jak by na tym Małysz, czy też ktoś jemu podobny, wyszedł. Co czekało go na poczcie? Kolejki, ścisk, słowne przepychanki, a ostatnio nawet zamknięte okienka. Nic dobrego - utruda i nuda. Na giełdzie - elegancja, wysoki połysk, wysokie loty. No i do tego - jak pomnożyłby jeszcze kapitał przez te trzy lata!
Podsuwałem ten pomysł z właściwą mi nieśmiałością, zmęczony marazmem, w jakim tkwił nasz rynek. Może zresztą nie był to już marazm, może nawet notowania rosły, a niektórzy przebąkiwali nieśmiało o hossie, ale jakieś to wszystko było jeszcze niepewne, niemrawe i skromne. Spółki dopiero rozpoczynały marsz na giełdę, wymęczeni inwestorzy zabierali się do kupowania akcji wybranych firm, a każdy w pamięci miał jeszcze lata smutku i inwestorskiej niedoli. Jakże ja wtedy chciałem, żeby na dobre powiało optymizmem, żeby zaczęło się dziać coś dobrego. Żeby giełda wyszła z jakiejś zapyziałej niszy. I rozepchała się trochę w świadomości ciułaczy i przedsiębiorców.
Przeglądam ostatnio prasę i cóż widzę. Mój pomysł, przepraszam - pewnie już nie mój, bo kto by tam o moim pamiętał - wszedł w życie. Nie, nie z Małyszem ani z Angeliną Jolie czy nawet z Dodą, ale z Radosławem Matusiakiem. Niech będzie. Ja jeszcze niedawno nie wiedziałem, kto to jest. Ale już wiem. Ba, wiedzą miliony. Miliony też pewnie słyszały, jak po meczu z Belgią, odpowiadając na pytanie dziennikarza, mówił, że rzeczywiście gra na boisku idzie mu coraz lepiej, wręcz całkiem dobrze - podobnie jak gra na giełdzie. I teraz Matusiak giełdę reklamuje. A ściślej - giełdowe inwestycje. Jestem zadowolony? Pewnie, że jestem. Przecież o to mi chodziło. Sęk w tym jednak, że mam ochotę pomarudzić. Po to przecież jestem.
Bo to jest tak - jeśliby zaczepić kogoś na ulicy i zapytać, czy słyszał o giełdowej hossie, sondaż wypadnie nadzwyczaj pomyślnie dla naszego rynku, tego jestem pewien. Niemal tak pomyślnie, a może i bardziej, jak wypadłby w 1994 roku. Gdyby zadać też podchwytliwe pytanie, czy ktoś wie, że indeksy giełdowe systematycznie biją rekordy - efekt byłby pewnie podobny. A spółki? Maszerują od trzech lat bardzo żwawo na parkiet, a ich akcje idą jak cie- płe bułeczki. Więc skąd to moje marudzenie? Właśnie stąd.