Na dziwaczny sposób wybierania nowego prezesa Narodowego Banku Polskiego zdecydował się prezydent Lech Kaczyński. Mógł skorzystać z najlepszych wzorców i wybrać kogoś na kilka miesięcy przed końcem kadencji Leszka Balcerowicza. Działania z takim wyprzedzeniem my, Polacy, nie mamy w charakterze. Nic więc dziwnego, że wybory zostały na ostatnią chwilę. Mógł też skorzystać z modelu, na jaki zdecydował się sześć lat temu jego poprzednik. Przypomnijmy sobie, że wtedy było kilku oficjalnych "kandydatów na kandydata", z których Aleksander Kwaśniewski wybrał sobie jednego i sprawa została załatwiona. Ale iść śladami poprzednika to nie w stylu obecnego prezydenta. I on chyba przyznałby jednak, że jeśli opublikowałby krótką listę, to przynajmniej mielibyśmy pewność, że jakieś osoby są w ogóle brane pod uwagę. Bo oświadczenie, że jest dwóch ludzi, którzy są brani pod uwagę, jakoś mi nie wystarcza.
Trzeba przyznać, że prezydentowi nieco pomieszał szyki pierwszy wybrany przez niego kandydat. Ale skoro wycofał zgodę na posługiwanie się jego nazwiskiem już po dwóch dniach od jego opublikowania, nasuwa się przypuszczenie, że ta kandydatura nie była najlepiej przemyślana. To zaś kładzie się dodatkowym cieniem na sposobie wyboru nowego szefa banku centralnego. Wydaje się, że nie ma prostszego i w gruncie rzeczy przyjemniejszego zadania, jak mianowanie prezesa NBP. Okazuje się, że i tu można zaplątać się w takim stopniu, że z prostotą i przyjemnością cała sprawa nie ma już nic wspólnego. Pozostaje mieć nadzieję, że zdarzy się cud i ostateczny kandydat okaże się człowiekiem z głową.