Po raz jedenasty w tym roku WIG20 stracił przynajmniej 3 proc. w odniesieniu do zamknięcia poprzednich notowań. Spojrzenie na zachowanie rynku w 10 poprzednich przypadkach nie prowadzi do jednoznacznych wniosków, ale stanowi pewną podpowiedź. Wprawdzie średnia zmiana indeksu to 0,8 proc., ale w połowie przypadków dochodziło do znaczących ruchów indeksu. Trzy razy wartość WIG20 mocno wzrosła (o 5,8 proc., 8,7 proc., oraz 12,0 proc.), dwa razy zanotowaliśmy istotny spadek (-9,8 proc. oraz -8,3 proc.). Gdyby nie fakt, że właśnie znajdujemy się w końcówce roku, która z reguły jest korzystna dla akcji, zaryzykowały twierdzenie, że ta statystyka gwałtownych ruchów wyrówna się.
Zachowanie rynku na wczorajszej sesji potwierdza tezę, że krajowe akcje uważane są za drogie. Kiedy za papiery największych spółek przychodzi płacić coraz wyższe ceny, inwestorzy zaczynają oglądać każdą złotówkę. Dlatego wybicie WIG20 ponad majowy szczyt nie przyniosło kontynuacji wzrostów i nowej fali zakupów, ale realizację zysków. Pytanie, kiedy pojawi się popyt, zdolny przecenę zatrzymać. Zwróciłbym uwagę, że fali wzrostowej trwającej na wykresie od początku października towarzyszyła coraz niższa zmienność. Wprawdzie po doświadczeniach 2000 roku przyzwyczajeni jesteśmy uważać, że budowaniu istotnego wierzchołka towarzyszą dość gwałtowne zmiany kursów, ale jeśli wrócimy do trochę odleglejszej przeszłości (1997-1998) to zauważmy iż czasem zasada ta działa tylko w odniesieniu do głównych szczytów. Kiedy później notowania próbują odrabiać straty i zbliżają się do zanotowanych wcześniej rekordów, wysoka zmienność notowań nie jest już warunkiem koniecznym istotnej zmiany trendu. Natomiast zwiększająca się zmienność w trakcie odwrotu od szczytu sprawia, że bardzo szybko inwestorzy kupujący wokół wierzchołka zaczynają ponosić straty. Nie chcę w tym miejscu napisać, że właśnie teraz mamy z takim scenariuszem do czynienia - na razie doszło tylko do zmiany trendu w krótkim terminie.