Do kręcącej się w zawrotnym tempie, przy każdej zmianie rządów, karuzeli prezesów zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Najgłośniej przeciw jej wirowaniu protestują zwykle ci, którzy sami wcześ-niej wprawiali ją bezmyślnie w ruch. Oni nie bronią zasad, lecz kolegów.
Jednak wymiana kadr to jedno, a zła polityka kadrowa to drugie. Nie do zaakceptowania jest sytuacja, kiedy największe polskie firmy albo nie mają zarządu, albo zarząd jest "niepełnosprawny", albo nie wie, czego się po właścicielu spodziewać i większość energii zużywa na obronę status quo. Z tego punktu widzenia wakaty w PKO BP czy w LOT, podobnie jak wcześ-niej w PGNiG i paru innych koncernach, nie świadczą dobrze o podejściu właściciela do własnego majątku. Problem - jak pokazują powikłania w sprawie wyboru prezesa banku centralnego - ma zresztą szerszy wymiar.
Historia lubi się powtarzać. Kłopoty tej samej natury pojawiły się przecież już w chwili, kiedy trzeba było obsadzić kluczowe z punktu widzenia gospodarki stanowiska w administracji. W bólach i w ostatniej chwili, lecz koniec końców szczęśliwie, rozwiązano kwestię Komisji Nadzoru Finansowego. Ale to wyjątek.
Rynek nie lubi niepewności. Nie znosi próżni. Nie obawia się informacji, lecz ich braku. Krótka ławka jest wciąż problemem rządu. Nie dotyczy on niestety tylko banku centralnego. Gospodarka posuwa się do przodu siłą rozpędu. Za chwilę będzie jednak wystawiona wyłącznie na działanie sił inercji. Nie widać, by komuś zależało na tym, aby to zmienić. A Marcinkiewicz w odwodzie to jednak trochę za mało.