Pomysł, aby zwiększyć zarobki szefów firm należących do państwa, nie jest zły. Niestety, propozycja, aby zrobić to tylko w przypadku części przedsiębiorstw, do najlepszych nie należy. Bo teraz to, czy prezes Iksiński będzie zarabiał miesięcznie 12 tys. zł czy też 52 tys. zł, będzie zależeć wyłącznie od tego, czy firma trafi na listę przedsiębiorstw o specjalnym znaczeniu dla państwa, czyli tzw. przedsiębiorstw strategicznych.
Gdyby przyjąć założenie, że nie będą prywatyzowane tylko spółki strategiczne, a pozostałe zostaną szybko sprzedane (czy to na giełdzie, czy też bezpośrednio inwestorom), to ten podział mógłby mieć nawet dobre skutki. Prezesom bowiem zaczęłoby bardziej zależeć na szybkim przygotowaniu firmy do prywatyzacji i np. debiucie giełdowym, aby uciec spod "dobroczynnego" wpływu ustawy kominowej.
Wiadomo jednak, że obecnej ekipie - delikatnie mówiąc - prywatyzować się nie chce i nie zanosi się, aby się jej w najbliższym czasie zechciało. W rezultacie szefowie przedsiębiorstw szansy na wzrost zarobków będą upatrywać tylko w wejściu na listę "strategicznych". W efekcie zaczną się długie procesje prezesów, którzy ministra skarbu będą przekonywać, iż ich firmy mają nieprawdopodobne znaczenie dla gospodarki (bo np. są ważne w dziedzinie zaopatrzenia gospodarki w zapałki). A ministrowie będą tym namowom ulegać - czy to z powodów politycznych, czy też dla przeświadczenia, że lepiej rządzić firmami ważnymi niż jakimś barachłem bez znaczenia. W rezultacie będziemy mieć same spółki strategiczne i już kompletnie nie będzie miejsca na jakąkolwiek prywatyzację.