Trudno zrozumieć, dlaczego wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska zdecydowała się na wprowadzenie tak drastycznej zmiany opodatkowania produkcji biopaliw. Domyślam się tylko, że z jej wyliczeń wynikło, że summa summarum będzie to opłacalne dla polskiej gospodarki. Problem w tym, że z wyliczeń największych podmiotów zaangażowanych w ten biznes wynika coś zupełnie innego. Być może pani minister nie miała nawet szans, żeby szczegółowo zapoznać się z ich argumentami - na całe tzw. konsultacje społeczne poświęciła bowiem zaledwie dziewięć dni (projekt rozporządzenia został wysłany do zainteresowanych 13 grudnia, a podpis pod nim pani minister złożyła już 22 grudnia).
Polscy wytwórcy biopaliw mówią jasno, że nowe stawki akcyzowe spowodują, że całą swą produkcję będą się starać wysyłać do krajów, w których fiskus traktuje tę branżę zupełnie inaczej niż w Polsce. W takim wypadku ich działalność przyniesie Ministerstwu Finansów tylko - łagodnie rzecz ujmując - umiarkowane wpływy z akcyzy. Prawdopodobnie będą one mniejsze, niż gdyby stawki pozostały na niezmienionym poziomie.
Z drugiej strony, trzeba zauważyć, że program wsparcia dla producentów biopaliw, który od miesięcy opracowuje (podobno) Ministerstwo Gospodarki, wciąż nie zobaczył światła dziennego. Kolejne terminy jego publikacji są przesuwane, a efektów nie ma żadnych.
Jeśli wobec sektora biopaliwowego nadal będzie prowadzona taka polityka, ekologiczne paliwa sprzedawać będą w Polsce Niemcy i Skandynawowie. A olej z polskiego rzepaku nadal będzie gościł tylko i wyłącznie na... patelniach.